Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deep. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deep. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 maja 2014

Thank God tomorrow is Friday

Jest 21:00, a termometr pokazuje 23 stopnie. Pod koniec maja nagle zrobiło się gorąco i cudownie, z soczystą zielenią wokół. Ludzie są szczęśliwsi, lunche jedzą w restauracyjnych ogródkach, a codziennie po pracy chodzą na "jedno" piwo lub kieliszek wina. Mały chłopczyk w autobusie, z wielkim zaciekawieniem, pyta: "Tato, czy to już lato?" i wszystkich pasażerów wprawia tym w lepszy humor, mimo, że tyłki przykleiły im się do siedzeń.

Miałam dziś się uczyć, bo niedługo zaczynają mi się egzaminy, ale zamiast tego wywróciłam szafę do góry nogami, mierzę sukienki i pakuję walizkę na weekend. Sezon komunijno-ślubny w pełni. To zabawne, ale większość moich znajomych ze szkolnych lat już ma obrączkę na palcu, więc zaproszeń dostaję coraz mniej. Gabrysia mówi, że czekają już z mężem na zaproszenia od dzieci znajomych, może ktoś ich zaprosi. Choć zostały im jeszcze wesela przyjaciół "z odzysku"... i śluby cywilne. 

Dziś pomyślałam, że sporo ludzi w moim życiu przyszło niespodziewanie i równie niespodziewanie z niego "odeszło". Niektórych znajomości żal, a niektóre ulotniły się w bardzo naturalny sposób, bo były dobre na dany moment. Czasem potrzebujemy innych właśnie tylko na trochę - by siebie pocieszyć, zabawić się wspólnie czy razem popłakać. Najbardziej cenne znajomości zostają na całe życie. Ale na początku trudno stwierdzić, czy to, że śmiejemy się z tych samych rzeczy, oznacza, że tak będzie już zawsze. Czas pokaże.




It's 9 p.m. and the thermometer shows 23 degrees. At the end of May we suddenly have a hot weather and it's so wonderful, with lush greenery around. People are happier, eat lunch at restaurant gardens and every day, after work, they go for just "one" beer or a glass of wine. The little boy on the bus, with great interest, asks: " Dad, is this summer yet?", putting all the passengers in a better mood, even though their butts stuck to their seats.

Today I was going to learn cause soon my exams start, but instead I rolled my wardrobe upside down, trying some dresses on and packing my suitcase for the weekend. A comunion-wedding season is in full swing. It's funny, but most of my friends from school years already have a ring on their finger, so I get less and less invitations for weddings. Gabi says that her and her husband are waiting for invitations from their friends' kids, maybe someone will invite them. Yet, they still have weddings of some "recycled friends" ...


Today I thought that a lot of people in my life came suddenly and they were suddenly "gone". Some relationships were ended and I regret them, and some had faded in a very natural way - because they were good at the very moment of my life. Sometimes we need each other just only for a little - to comfort ourselves, to have fun together or cry together. The most valuable acquaintances are for life. But, at the beginning it is difficult to tell whether the fact that we laugh at the same things means that it will always be like this. Time will tell everything.

pics from tumblr.com

niedziela, 6 kwietnia 2014

Sunday moodboard.

Weekend zbliża się powoli ku końcowi. Czas przestawić się i z trybu imprezowo-łóżkowego trzeba płynnie przejść w biurowo-lunchową codzienność. Nie lubię niedzieli, zwłaszcza po południu, bo za bardzo odczuwam już ciężar poniedziałku gdzieś z tyłu głowy ;) Choć dziś spędziłam naprawdę miłe chwile - sama i ze znajomymi. 

Po tym weekendzie i kilku rozmowach, mam taką małą, może nieco banalną, refleksję. A mianowicie, że trzeba w życiu znaleźć dla siebie dobrą przestrzeń i miejsce oraz cieszyć się małymi rzeczami. Bo żyjąc z dnia na dzień, czasem wydaje się, że brak nam punktu odniesienia, jakiegoś głębszego celu w tym, co robimy. A czasem od tego o krok do naprawdę złego stanu ducha i poczucia bezsilności.

I nie warto robić nic wbrew sobie, uszczęśliwiać innych, a samemu czuć się niekomfortowo. 
Trzeba raczej żyć w zgodzie ze sobą i swoim sumieniem. Nawet, gdy własne decyzje wydają się niezbyt dobre dla innych, może czasem "opłaca się" być egoistą i wybrać to, co ważne dla nas. W końcu szczęście i radość w życiu zaczyna się w naszej głowie. 

 

The weekend is slowly coming to an end. It's time to switch and from the party-bed mode we need to smoothly go to the office'n'lunch one. I don't like Sundays, especially in the afternoon because I already feel too much weight of Monday somewhere in the back of my head ;) Although today I spent a really nice time - alone and with friends.

After this weekend and a few conversations, I have such a small, perhaps a bit trite, reflection. Namely, that you need to find a good space
in life and enjoy little things. Because, living from day to day, sometimes it seems that we lack a reference point, some deeper purpose in what we do. And often it's just one step to a really bad state of mind and a sense of helplessness.

And it's not worth doing anything in spite of yourself, making others happy but feeling a little uncomfortable inside. Cause you'd rather have to live in harmony with yourself and your own conscience. Even when our decisions seem to be not so good for others, yet sometimes that really pays to be selfish and choose what is important to us. In the end, happiness and joy in life begin in our head.


pics: tumblr.com

niedziela, 26 stycznia 2014

Zmiany. Changes. Changements. Změny. Cambios.

Zmiany. Czasem nieuchronne, są wynikiem upływu czasu. Innym razem przychodzą niespodziewanie. Albo też musimy podjąć trudną decyzję, by się dokonały. Dlaczego tak bardzo się ich boimy? Z wygody, strachu przed nieznanym. Bo to, co jest - mimo, że nie zawsze najlepsze, to jednak powtarzalne - daje jakieś poczucie bezpieczeństwa.

Nawet dla mnie, osoby niestałej, może nawet trochę nieprzewidywalnej, bojącej się rutyny i nudy, zmiany kojarzą się w pierwszej chwili z czymś trudnym i niemiłym. Bo konsekwencje zmian widoczne i odczuwalne są zwykle dopiero później - gdy opadną emocje, wrażenia. Gdy staną się nieodłączną częścią codziennego życia, kolejnym puzzlem w naszej układance.
Wtedy ocenimy, czy wyszły nam na dobre.

Ale czy rzeczywiście warto bać się zmian? Oczekiwać, że będzie trudno. Że sporo czasu upłynie, nim zdołamy się przyzwyczaić do nowej rzeczywistości. Wczoraj wieczorem znalazłam w telefonie notatkę ze stycznia 2013 r. Coś, co normalnie skasowałabym po tygodniu, w dziwny sposób zachowało się. Rok temu napisałam w jednym krótkim zdaniu, jak wyglądało moje ówczesne życie. Wnioski? Cieszę się z tych wszystkich zmian, jakie w nim zaszły. W moim przypadku nowe okazało się lepszym.



Changes. Sometimes they're an inevitable result of the passage of time. Another time, they come unexpectedly. Or we have to make a difficult decision so they can happen. Why are we so afraid of them? Because of convenience or fear of the unknown. Cause the things as they are - even though not always the best, yet still repetitive - give us some sense of security.

Even for me, a person unstable, maybe even a little unpredictable, fearing of a routine and boredom, changes are associated with something difficult and unpleasant
at first. As consequences of changes are seen and felt usually much later - when excitement and emotions are over. When they become an integral part of everyday life, as the next piece in our puzzle. Then we'll be able to say whether they turned out to be good for us.

But is this really worth being afraid of changes? Expecting them to be difficult. Thinking that much time will pass before we'll be able to get used to the new reality. Last night I found a note on the phone from January 2013. Something that I would normally delete after a week, has been preserved
in a strange way. A year ago I wrote, in one short sentence, what was my life like those days. Conclusion? I am pleased with all the changes that have taken place in in it. In my case, the new turned out to be better.

sobota, 21 grudnia 2013

Merry Christmas

Po wczorajszym "śledziku" wstałam o 11:00. Praca do późna i czerwone wino dało się we znaki. Ból głowy postanowiłam pokonać spacerem w ten piękny sobotni dzień. Z niedowierzaniem patrzę w kalendarz i myślę, że za 3 dni o tej porze będziemy siadać do wigilijnej kolacji. 

To pierwszy rok, gdy nie czuję nadchodzących Świąt. Próbuję sama wprowadzać się w odpowiedni nastrój. Obejrzałam "Love actually", wyciągnęłam trochę świątecznych ozdób, włączam co 2-3 dni "Merry little Christmas" Franka Sinatry, w pokoju wesoło mrugają lampki. Wysłałam kilka kartek. Tak, jestem w tym nikłym procencie ludzkości, który nadal pisze odręczne życzenia, ślini znaczki i wysyła kolorowe pocztówki, z nadzieją na odzew, w świat. I...jakoś nie pomogło. Może to wina pogody, która bardziej przypomina październikową niż grudniową. Warszawa widziała w grudniu śnieg zaledwie przez jeden wieczór. 

A może to dlatego, że jestem zajęta - pracą, nauką, spotkaniami - i zupełnie nie mam poczucia upływających dni. W tym roku nie biorę udziału w przygotowaniach, nie pomagam w pieczeniu ciast, ubieraniu drzew na podwórku, kłócąc się z tatą o to, które lampki wieszamy. Do domu na Święta jadę dopiero 23.12 wieczorem i rano obudzę się już w Wigilię. Wtedy mam nadzieję poczuć tę magię i dziecięce zniecierpliwienie. Że to już, że za chwilę zabłyśnie pierwsza gwiazdka. Znowu podzielimy się opłatkiem i, ukrywając tę jedną, malutką łzę wzruszenia, będziemy sobie życzyć zdrowia, miłości - oby była prawdziwa i na całe życie (lub chociaż na dłużej niż miesiąc), sukcesów, spokoju. Cicho zaśpiewam którąś ze smutnych polskich kolęd. Znowu nie tknę śledzia i zjem za dużo łazanek z makiem...

Wesołych Świąt :) !

 


After yesterday's "Herring party" I woke up at 11:00. Working late and red wine could be felt today. I've decided to beatheadache with a walk on this beautiful Saturday day. In disbelief, I look at the calendar and think that in three days this time we will sit down for Christmas Eve dinner.
This is the first year when I don't feel the coming Christmas. I'm trying to put myself in the right mood. I watched "Love Actually", pulled out some Christmas decorations, turn "Merry Little Christmas" by Frank Sinatra every 2-3 days, lights cheerfully flash in the room. I sent a few Christmas cards. Yes, I am in the dim percentage of humanity still writing wishes, drooling stamps and sending colourful postcards, hoping for a response. And... somehow it hasn't helped. Maybe it's the weather which is more like in October than December. Warsaw has seen snow in December just for one night.
Or maybe it's because I'm busy - with work, learning, meetings - and I don't have quite the sense of elapsing days. This year, I don't take part in the preparation, not helping in baking cakes, dressing trees in the yard, arguing with my dad about which lights to hang. I'm going home for Christmas on 23 December in the evening and in the morning I'll wake up on Christmas Eve. Then I hope to feel the magic and childish impatience. That this would be the moment for the first star to shine. Again, we'll divide the wafer and, hiding this one tiny tear of emotion, we'll wish ourselves health, love - so may it be true and for the whole life (or at least for more than a month), success, peace. I'll softly sing one of sad Polish carols. Again, I won't try herring and eat too much noodles with poppy ...
Merry Christmas :) ! 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...