wtorek, 16 stycznia 2018

O początkach kariery scenicznej i panu z Krakowa.

W zeszłą sobotę wstałam o 6 rano, z trudem się ubrałam (pora wszak nieludzka) i pojechałam w rodzinne strony. Ponieważ o tak wczesnej godzinie nie sposób przełknąć cokolwiek, na śniadanie zatrzymałam się w sprawdzonym wcześniej barze "Przystanek" na trasie. Zamówiłam czarną kawę z ekspresu (tak, doczekaliśmy czasów, gdy w barach przy drodze można napić się innej kawy niż rozpuszczalna i tzw. plujka, z fusami) i naleśniki z serem. Zamówiłam je kiedyś i pływały w śmietanie, więc nieśmiało poprosiłam o "mniej śmietany". W tym momencie zmroził mnie wzrok pani zza kasy, w fartuchu i czepku, o wyglądzie intendentki z przedszkola numer 20 w Suwałkach. I dostałam - mniej śmietany, za to potrójną chyba porcję cukru -pudru. 

Naleśniki (po zsunięciu mokrego od śmietany cukru) smakowały wyśmienicie - jak w przedszkolu właśnie. Przypomniały mi się czasy zerówki, z których, oprócz jedzenia, które wspominam z lubością całe życie (a zjeść lubiłam), pamiętam także początki mojej kariery scenicznej. To w zerówce postanowiłam użyć podstępu, wyrywając się z tłumu ospałych dzieci, zmyślając na prędce słowa piosenki "Kochajmy ptaki" i tym samym zyskując możliwość zaprezentowania się w trakcie solowego występu przed całą Szkołą podstawową numer 7, wówczas jedną z największych w mieście. Poza tym zerówka nie kojarzy mi się z niczym konstruktywnym. 
 
***

W poniedziałek, czekając rano na stacji drugiej linii metra, zostałam zaczepiona przez dość urokliwego mężczyznę pytaniem "Którędy na pole??". Dość zdezorientowana i jeszcze zaspana, pomyślałam o stacji "Pole Mokotowskie" i pokazałam kierunek do wyjścia w stronę pierwszej linii metra. Później dopiero przyszło mi na myśl (może dlatego, że pan był naprawdę miły dla oka), że ów pytający mógł być przybyszem z Krakowa i pytał o to, jak się wydostać na zewnątrz (na pole). Miejmy nadzieję, że dotarł we właściwe miejsce.

Ps.: Pozdrawiam moich znajomych z Krakowa.



Last Saturday I woke up at 6 am, I hardly dressed (after all, it was an inhuman hour) and I went to my homeland. Because at such an early hour I cannot swallow anything, I stopped for breakfast at the previously tested "Przystanek" bar on the route. I ordered black coffee from the coffee machine (yes, we've lived through the times when in the bars by the road you can drink a different coffee than soluble and the one with lees) and pancakes with cheese. I ordered them once and they were swimming in sour cream, so I shyly asked for "less cream". At that moment, the lady froze me from behind the cash register, in apron and bonnet, having the appearance of the officer from kindergarten number 20 in Suwałki. And I got what I wanted - less cream, but probably a triple portion of castor sugar.

Pancakes (after sliding off the castor sugar cream-wet) tasted great - just like in kindergarten. I reminded the times of it, where, next to the food that I recall with a huge liking all my life (and I liked to eat), I also remember the beginnings of my stage career. I decided to use deceit in the middle of the game, breaking out of the crowd of sleepy children, quickly inventing the words "Let's love the birds" and thus getting the opportunity to perform during the solo performance in front of the entire elementary school number 7, then one of the largest in the city. Besides, I do not associate the kindergarten with anything constructive.
 
***
On Monday, waiting in the morning at the station of the second metro line, I was stopped by a rather charming man asking "Which way to the field?". Pretty confused and still sleepy, I thought about the station "Pole Mokotowskie" ("Mokotowskie Field") and showed the direction to the exit towards the first metro line. Later, it came to my mind (maybe because that guy was really nice to the eye) that the questioner could have been a newcomer from Cracow and asked how to get outside (to the field- how the people from Cracow say).Let's hope he got to the right place.
Ps .: Greetings to all my friends from Cracow.


czwartek, 14 grudnia 2017

Find yourself a marry little Christmas

Szukam ich wszędzie. Próbuję znaleźć w sobie i w innych. Stojąc w kolejce w sklepie. Na straganie pod Halą Mirowską. W domu, w pracy. Nawet na zdjęciach. Na ulicy. Nic. Babcia mówi, że porządki, takie z prawdziwego zdarzenia, pomogą. W sobotę tydzień temu sprzątałam kuchnię 3 godziny. Wyjęłam wszystko z szafek, szuflad, zakamarków. Oprócz konfitury niewiadomego rodzaju z 2010 roku, nic mnie tam nie zaskoczyło. 

Gdzie są te Święta? Chociaż na ulicach mrugają światełka, biegam po sklepach w poszukiwaniu prezentów, w pracy kompletowaliśmy Szlachetną paczkę, nadal ich nie czuję. Może dlatego, że nie ma śniegu? I czasem zastanawiam się, czy to już tak będzie? Czy to tylko przywilej dzieci (i mojej Babci)? Od kilku lat próbuję ten stan wywołać. Oglądam odpowiednie filmy, słucham świątecznej muzyki. Nie pomaga. I nie jestem w tym sama.  

Za czym tak tęsknimy? Święta są przecież co roku. 
 
Może żeby było trochę spokojniej, bez tłumu w sklepach. Żeby odliczać dni na kalendarzu. Mieć trochę mniejszy wybór. I mokre buty od śniegu. Żeby w domu naprawdę pachniało choinką, bo co to za Boże Narodzenie bez drzewka. Żeby się chciało chcieć i starać. I marzyć o czymś, że może się znajdzie wśród prezentów. I chować to potem pod poduszką. I wypatrywać tej pierwszej gwiazdki. Choć przecież świeci co roku.


I am looking for it everywhere. I try to find it in myself and in others. Standing in line at the store. At the market nearby Hala Mirowska. At home, at work. Even in the pictures. On the street. Nothing. Grandma says that real cleanups, like - real ones, will help. On Saturday, a week ago I was cleaning the kitchen for 3 hours. I took everything out of the cabinets, drawers, nooks and crannies. Except of some jam of the unknown kind from 2010, nothing surprised me.

Where is Christmas? Although the lights are blinking on the streets, I go to stores looking for presents, at work we have completed the Szlachetna paczka, I still do not feel it. Maybe because there is no snow? And sometimes I wonder if it's gonna be like that forever? Is it only a privilege of children (and my grandmother)? I've been trying to put myself in this special state for several years. I watch the right movies, I listen to Christmas music. Doesn't help. And I'm not alone here.


What do we miss so much? Christmas is every year after all.


 
Maybe we wish it was a bit quieter, without a crowd in stores. We wish to count down the days on the calendar. To have a slightly smaller choice. And wet snow boots. We wish the house really smelled of a Christmas tree, because what a Christmas it is without a tree. We wish we really wanted to take care and pay attention. And dream about something to be among gifts. And hide it then under the pillow. And we wish we looked out for that first star.Although it shines every year.


wtorek, 21 listopada 2017

California state of mind

"Czemu nie piszesz na blogu? napisz o Kalifornii".

***

Dzisiaj mija dziewięć dni, jak wróciłam ze Stanów. A właściwie z jednego z nich, co istotne, bo podobno jest inny niż cała reszta Ameryki. Dwa tygodnie wystarczyły, bym pokochała Kalifornię jak mało które miejsce na Ziemi. 

I pytana o to, co mi się tak bardzo podobało, wymieniam miasta, plaże, jedzenie, muzea, ludzi. Ale tak naprawdę trudno jest opisać to wrażenie, które nie chce mnie opuścić po powrocie. Bo trzeba być i poczuć klimat, luz i niewymuszone piękno tych miejsc, w których byłam. Nie idealizuję Los Angeles, są tam brzydkie rejony, takie, gdzie nie warto się pojawiać. Ale tak jest wszędzie.Tacos i guacamole śnią mi się po nocach. Przed oczami ciągle mam palmy i murale na Venice Boulevard. I wspaniałe długie plaże Ocean Beach.
 Zieleń, która aż szczypie w oczy.
 
Nieznajomi mówią ci 'cześć' na ulicy, uśmiechają się, pytają "jak się masz?". I nie wypada odpowiedzieć inaczej jak "dobrze". Może to rodzaj uprzejmości, przez którą zarzuca się Amerykanom powierzchowność. Pewnie tak, bo nikogo nie interesuje, czy akurat boli cię głowa. Ale ten sposób bycia sprawia, że jednak łatwiej nawiązuje się relacje, ludzie są uśmiechnięci i otwarci. I brakuje mi tego na polskiej ulicy, gdzie podobne zachowanie zostałoby odebrane co najmniej jako dziwne. 

I tak, jak zaraźliwy jest uśmiech i łatwość rozmowy tam, tak tutaj zaraźliwe jest odwracanie wzroku i obojętność, chociaż wiem, że ta pani jest z mojego bloku, a tamten chłopak pracuje w tym samym budynku. Może to wina braku słońca, które w Kalifornii świeci przez większość dni w roku? Wiem o tym, że potrzebuję słońca i morza. Widok palm i zieleni mnie uspokaja. 

A może trzeba znaleźć sobie własne słońce. Które będzie świecić niezależnie od pogody. I mieć taką własną Kalifornię. Codziennie.





*

"Why you don't write anything on the blog? Write about California."

***

Today it's been nine days since I returned from the United States. Actually, one of them - what is important, because it is said to be different from the rest of America. Two weeks was enough for me to love California as much as only a few places on Earth.

And asked about what I liked so much there, I say towns, beaches, food, museums, people. But it's really hard to describe the impression that has left me yet after coming back home. Because you have to be and feel the climate, the laid back atmosphere and unconstrained, effortless beauty of those places I've visited. I do not idealize Los Angeles, there are ugly places there, where it is not worth to appear at all. But this happens everywhere. Tacos and guacamole I dream of at night. Palm trees and murals on Venice Boulevard. And wonderful long beaches of Ocean Beach. A greenery that pinches your eyes.

 
 
Strangers tell you 'hi' in the street, they smile, they ask "how are you?". And you don't answer otherwise than "I'm fine, thanks". Maybe it's this kind of kindness of courtesy because of which Americans are accused of being superficial. Probably yes, because no one is interested in whether or not your head aches. But this way of being makes relationships easier, people are smiling and open. And I miss it on the Polish street, where similar behavior would be taken at least as strange.


As infectious is the smile and ease of conversation there, so here it is contagious to look away and indifferent, although I know that this lady is from my block and that boy is working in the same building. Maybe it's the lack of sunshine that shines on most days of the year in California? I need sun and sea in life. The view of palm trees and greenery calms me.


But maybe you have to find your own sunshine. That will shine regardless of the weather. And have your own California. Everyday.

*wiersz: Anna Świerszczyńska; zdjęcia: moje (zakaz kopiowania)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...