czwartek, 26 marca 2015

The art of 'dolce far niente'

Gdy człowiek ma obowiązki, szczególnie w postaci ciągłej nauki, i wyobraża swoje życie po egzaminach, w głowie robi listy. Książek do przeczytania, filmów do obejrzenia, spotkań do nadrobienia. Bo wszystko zostawia na potem. Gdy już będzie "wolny".

I gdy już jest "po" i ma ochotę zrobić to wszystko, odkładane od miesięcy, teraz, zaraz... problemem jest zwyczajny brak energii. I zamiast być tu i tam, i czytać kolejną superpozycję literacką, jedyne, na co ma się siłę, to leżeć. Odpoczynek, tak ważny, jest też trudny, bo z tyłu głowy wciąż plącze się myśl, że "na pewno coś muszę jeszcze zrobić".

A od niedawna wcale nic nie muszę. I ta wolność jest trudna do ogarnięcia, niełatwo się do niej przystosować...i po prostu żyć. Obowiązki trzymają w ryzach, wyznaczają rytm dnia, ale też uświadamiają, że człowiek przyzwyczaja się do ciężkiej pracy i nauki. I nie do końca umie się odnaleźć w zupełnie innej rzeczywistości. 

I okazuje się, że umiejętność odpoczywania jest prawdziwą sztuką. 









When you have duties, particularly in the form of continuous learning, and imagine your life after exams, you make some lists in your mind. Lists of books to read, movies to watch, meetings up to do. Because you left them all for later. For when you'll be "free".

And once you have it "done" and want to do it all, postponed for months, just now, in a moment... the problem is you simply lack energy. And instead of being here and there and read another literary superposition, the only thing you can do is lying. Resting, so important, it is also difficult, because the idea that "you definitely have something to do" is still present there
at the back of your head.

 And recently, I actually have to do nothing. And this freedom is difficult to grasp, it is not easy to adapt to it ... and just live. Responsibilities hold us in check, determine the rhythm of the day, but also show that you are accustomed to hard work and study. And it's pretty hard to find oneself in a completely different reality.

And it turns out that the ability to rest is a true art.

czwartek, 26 lutego 2015

Time to go back.

Czytam swój post sprzed 5 miesięcy o wyprowadzce z Warszawy na prawie pół roku. Które właśnie minęło - nie wiem, kiedy. Znowu siedzę pośród walizek, bo czas już wracać. I znowu mam w sobie ten nienazwany lęk przed tym, co mnie czeka. Jak to będzie. Pomijam stres związany z największym w moim życiu egzaminem, który już za niecałe 2 tygodnie. Biurko mam zawalone notatkami, książkami i kodeksami, a w głowie myśl o tym, żeby niczego nie zapomnieć.
 
Gdy człowiek mieszka w jednym miejscu, codziennie patrzy na ten sam widok za oknem, mija dobrze znany sklep, a w windzie spotyka znajome twarze, nie zastanawia się nawet, czy miejsce, w którym żyje, jest dla niego dobre. Dopiero, gdy przyjdzie nam ruszyć się, opuścić choć na trochę codzienność, do której przywykły nasze oczy, widać wszystko z zupełnie innej perspektywy. 
 
I sama już nie wiem, gdzie jest moje miejsce, bo i rodzinne miasto, i Warszawa są moje - ale jakby nie do końca. Gdy miałam 18 lat i myślałam o przyszłości, zupełnie inaczej wyobrażałam swoje życie za 10 lat. Myślałam, że będzie stabilne, ułożone, dorosłe. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, że jest inaczej. Że ciągle nie mam swego miejsca i nie wiem, gdzie będę za pół roku. Że z jednej strony chcę już nieco spokoju, ale z drugiej - przeczy to mej naturze. W końcu jestem 'restless' (ang. niespokojny). Ale myślę sobie, że jakoś to będzie. Że długo nie wytrzymam i pewnie mnie gdzieś poniesie. Że dni nie będą szły powoli. Będą biegły. A ja rzadko będę oglądać się za siebie. Jak zwykle. 








I'm reading my post that I wrote 5 months ago - on moving out from Warsaw for almost half a year. Which have just passed - I don't know when. Again, I'm sitting in the midst of suitcases, because it's time to go back. And again, I feel this unnamed fear of what awaits me. How will it be. Leaving aside the stress connected with my life's biggest exam, which I'm having already in less than two weeks. My desk is stocked with notes, books and codes, and in my head I'm thinking to not forget anything.

 
When you live in one place, every day having the same view from the window, passing well known shop and meeting familiar faces in the elevator, you don't even wonder whether the place you live in is good for you. Only when we move, leave for a little our 'everyday', to which our eyes are accustomed to, we can see everything from a different perspective.


 
And I don't know where my place is, because both my hometown and Warsaw are mine. However, both not completely. When I was 18 years old and I was thinking about the future, so differently I imagined my life to be in 10 years ahead. I thought it would be stable, stacked, adult. I don't know whether it's good or bad that is not the case. I still don't have my place and have no idea where I'll be in half a year from now. On the one hand, I want to have some peace, but on the other - it contradicts my nature. In the end, I'm restless. But I think that somehow it's gonna be ok. I won't stand like this too long and probably I'll go somewhere. And the days, they won't be going slowly. They'll be running. And rarely will I look back. As usual.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...