niedziela, 13 lipca 2014

Sunday 10 p.m.

22:00. Mecz Niemcy-Argentyna (0:0) kłóci się z Chetem Bakerem w tle. Wyjmuję z piekarnika ciasto. W nagłym przypływie twórczym, zachciało mi się zrobić coś naprawdę dobrego. Są banany, masło orzechowe, wszystko pod kruszonką - może nie do końca na tę porę roku, ale jest pysznie. Znowu muszę zacząć piec. Bo znowu mam dla kogo. 

Dawno już nie miałam tak przyjemnej niedzieli. Po 9 godzinach spania, potem leniuchowania w łóżku, poczułam, że odpoczęłam naprawdę. Poprzedni tydzień był pełen pracy, ale też nadrabiania zaniedbanych spotkań towarzyskich. Nie miałam chwili wytchnienia, potrzebowałam więc takiego dolce far niente. 

Dziwne mamy to lato, niby gorące, ale przerywane naprawdę rześkimi, deszczowymi momentami, które sprawiają, że zapominam, jaki mamy miesiąc. Stos książek i magazynów przy łóżku rośnie, czeka na swój moment. Bo jakoś nie mam weny na czytanie. A już za 2 tygodnie upragniony urlop, w głowie pakuję walizkę. Spoglądam na cichą, bo niedzielną, warszawską ulicę. I myślę sobie, że czas na zmiany.

A w meczu ciągle 0:0.





10 p.m. The match Germany-Argentina (0:0) is arguing with Chet Baker in the background. I'm taking the cake out of the oven. In a sudden burst of creativity, I wanted to do something really good. There are bananas, peanut butter, all under crumble - maybe not quite at this time of year, but it is delectable. I need to start baking again. Because again, I have someone to do this for.

It's been quite a long time that I had such a pleasant Sunday like this. After 9 hours of sleep, then lazing in bed, I felt really rested. Previous week was full of work, but also catching neglected social events. I had no respite, so I needed such a dolce far niente.

Strange we have this summer, kind of hot but punctuated with really fresh rainy moments that make me forget what month we have. Stack of books and magazines by the bed is growing, waiting for its moment. Because somehow I don't have inspiration to read. And in two weeks I'm going for awaited vacation, so in my head I'm packing a suitcase. I'm looking at a calm, Sunday Warsaw street, thinking that it's time for a change.

And it's still 0:0 in the match.



pics: tumblr.com and mine

czwartek, 19 czerwca 2014

On beauty.

"Paulina, napisz post o tym, że ładnym żyje się lepiej". I tak też zamierzałam zrobić. Myślałam kilka dni, analizowałam "problem". Bo z jednej strony to oczywiste, że dzięki ładnej buzi można wiele zyskać - pan policjant potraktuje nas łagodniej, dostaniemy zniżkę w sklepie, dziecko wyciągnie do nas rączki. A z drugiej strony, to piękno czasem "boli", jak śpiewa w swoim najnowszym singlu "Pretty hurts" Beyonce. Bo takie doklejanie "łatek" jest niepotrzebne. Często za ładną buzią kryje się mnóstwo problemów. Pięknej dziewczynie jest trudniej zyskać sympatię trochę brzydszych koleżanek. Nie mówiąc o tym, że w pracy będzie pracowało się jej dobrze głównie z mężczyznami. 

Tak, o tym można by pisać wiele. Ale - czy warto? Celowo porzuciłam ten lotny temat, któremu mogłabym poświęcić dzisiejszy wpis. Nie będę tu sypać banałami w stylu "Liczy się wnętrze". Pewnie, że się liczy. Ale szukając drugiej połówki, najpierw zwracamy uwagę na wygląd. Bo dobrego serca czy stałości zwyczajnie nie widać...

Więc o co chodzi z tym całym pięknem? Pomysł do napisania o tym, że ładni ludzie mają w życiu łatwiej, podsunęła mi koleżanka. Naprawdę piękna i mądra. Za którą ogląda się ponad połowa mężczyzn na ulicy (sama widziałam!). O której każdy w oczywisty sposób powie, że jest atrakcyjna. Problem w tym, że ona sama tego nie widzi. Komplementuje innych, zapominając o tym, że sama jest wyjątkowa. 

Piękno jest rzeczą względną. Coś, co komuś wydaje się przeciętne, innym bardzo się spodoba. Najważniejsze to polubić siebie. Znać swoje wady i zalety. Umieć dostrzec w sobie, to, co wyjątkowe. Potrafić zaśmiać się z własnych błędów. Cieszyć się sukcesami. Być świadomym siebie - ale nie próżnym. To trudna, ale niezwykle cenna cecha, której nabiera się z wiekiem. I gdy ktoś powie Ci szczery komplement, po prostu podziękuj. Bo to właśnie jest piękne.

 
 

"Paulina, write a post - pretty people have a better life" And so I was going to do. I 've been thinking on it for a few days, analyzing the 'problem'. Because, on the one hand, it is obvious that with a pretty face you can gain a lot - a cop will treat you gently, you'll get a discount at the store, a child will pull its hands to you. On the other hand, this beauty sometimes "hurts" - as, in her latest single "Pretty Hurts", sings Beyonce. Such sticking of "patches" is unnecessary. Often this pretty face covers a lot of problems. And it is harder for a beautiful girl to gain a sympathy of uglier girlfriends. Not to mention the fact that at work it will be better to co-operate rather mainly with men.

Yes, you can write a lot about that. But - is it worth it? I deliberately abandoned this volatile topic that I could dedicate today's post to. I will not throw platitudes like "What matters is inside." Sure, that counts. But searching for the one, we first pay attention to one's appearance. Because you simply cannot see a good heart or stability ...


So what's with all this beauty? The idea to write about the fact that pretty people have an easier life was given to me by a girlfriend. Really beautiful and smart one. Watched by more than a half of men in the street (I saw it myself!). About which everybody would clearly say 'attractive'. The problem is that she doesn't see it herself. Complementing other people, she forgets that fact that she is unique.


Beauty is a relative thing. Something that seems to be mediocre for one, others would really like. The thing is to like yourself. Know your advantages and disadvantages. To be able to see what's unique in you and to laugh at your own mistakes. Enjoy success. Be aware of yourself - but not to be vain. It's difficult, but extremely valuable feature, which is learnt with age. And when someone tells you a sincere compliment, just thank. Because that's what is beautiful.

Pics from tumblr.com
Vidoe from youtube.com

piątek, 6 czerwca 2014

I want to stay in June forever

Mamy czerwiec. To dla mnie jeden z najlepszych miesięcy w roku. Bo dni są najdłuższe, a noce już coraz cieplejsze. Bo babcie pod Halą Mirowską sprzedają piwonie, a to moje ulubione kwiaty. Bo komary w Suwałkach gryzą jak szalone i na osiedlu pachnie grillem. Wtedy czuję, że wszystko jest na właściwym miejscu. 

Temperatura, po chwilowej orzeźwiającej przerwie i deszczowych dniach, znowu zaczyna wariować, i od jutra zapowiadają 25 stopni i więcej. Zastanawia mnie jedno - jak mam pracować i uczyć się, gdy plaża nad Wisłą kusi - zwłaszcza za dnia... 

Na aplikacji zaczęła się sesja i w moim przypadku łączy się to zwykle ze spadkiem odporności i chorowaniem. Od wtorku jestem na zwolnieniu lekarskim, wczoraj byłam już niemal zdrowa, a dzisiaj miałam nawrót...i dostałam antybiotyk. 6 czerwca wypadają moje imieniny, a ja ledwo mogłam odpowiedzieć "Dziękuję", gdy Babcia i Rodzice składali mi dziś życzenia. No cóż, bywa.

Chciałabym móc zahibernować się i zostać w czerwcu, bo to taki idealny czas. Jest ciepło, ale wciąż zielono. Pachnie jaśmin, a białe, schłodzone wino smakuje idealnie, gdy siedzimy nad fontanną. Truskawki wydają się najlepsze jako dodatek do American pancakes i syropu klonowego. Albo jako duet z szampanem. Zamiast pantofli, do pracy przemycam trampki, licząc, że nikt nie zauważy. Carpe diem!


 


We have June. This is one of the best months for me. Because days are longest and nights are warmer. Because nearby Hala Mirowska elderly ladies sell peonies, and these're my favorite flowers. Cause mosquitoes in Suwalki bite like crazy and the neighborhood smells of barbecue. Then I feel that everything is in the right place.

Temperature, after a moment of refreshing break and rainy days, again starts freaking out. They forecast 25 degrees and more from tomorrow. I wonder one thing - how am I gonna work and learn when the beach by the Vistula is so tempting - especially during the day ...


My exams have started and in my case it is usually combined with a decrease in resistance and being ill. From Tuesday I've been on sick leave, yesterday I was feeling almost healthy, and today - I had a relapse ... and got antibiotic. On the 6th of June is my name's day and I could barely say "Thank you" when Grandma and Parents called me with wishes. Well, shit happens.


I wish I could hibernate and stay in June forever because it's such a perfect time. It's warm but still green. Air smells of jasmine and light chilled wine tastes perfectly when sitting by the fountain. Strawberries seem to be the best as an addition to American pancakes and maple syrup. Or as a duet with champagne. Instead of elegant shoes, I smuggle sneakers to work, hoping that nobody would notice. Carpe diem!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...