czwartek, 16 lutego 2017

Post nieurodzinowy.

Kolejny raz piszę post w przeddzień swoich urodzin. Pisałam o nich rok temu i dwa lata temu. Jest też post sprzed 4 lat. Pisałam o swoich przemyśleniach, robiłam pewne podsumowania. Bo tak wtedy czułam i potrzeba przelania tego "na papier" sprawiła, że w takim kształcie zmaterializowały się te teksty. Dzisiaj życiowych podsumowań nie będzie.

***

Przeczytałam ostatnio artykuł, który mnie zainspirował i który mam w głowie od kilku dni. To pierwsze słowo wstępu nowej redaktorki brytyjskiego Elle, Lotte Jeffs (zdjęcie artykułu wklejam poniżej). Mówi o tym, czym dla niej jest szczęście i jak znalazła balans pomiędzy pracą, zdrowiem, rodziną i przyjaciółmi. Ale to, co w jej wypowiedzi jest istotne dla mnie, to słowa o tym, że w życiu ważne jest, by potrafić przyznać się do tego, że jest nam źle. Że przechodzimy ciężki czas, a nawet depresję. To już nie problem garstki ludzi. I tak, jak powinniśmy mówić otwarcie o tym, co nas gryzie, tak nie możemy bać się mówić o tym, że jesteśmy szczęśliwi. Czasem nie robimy tego z obawy, że za chwilę ktoś nam to szczęście odbierze. Albo nie chcemy zapeszać.

A przecież w życiu nie zawsze jest super czy chociażby dobrze. Rzecz w tym, jak do tego podchodzimy. Czy nie jest tak, że człowiek, który dużo stracił, najbardziej docenia to, co ma?
Miałam w życiu taki moment, że w kilka dni niemal wszystko runęło mi na głowę.
Pomyślałam wtedy, że skoro jest tak źle, to od teraz będzie już tylko lepiej. Musi być. I było. I choć wydawało się, że to koniec świata, to jednak ten nadal istnieje. 

W końcu gwiazdy widać tylko wtedy, gdy jest bardzo ciemno.


It's the next time I write a post on the eve of my birthday. I wrote a year ago and two years ago. There is also a post from 4 years ago. I wrote about my thoughts, I did some summary. Because I was feeling like that and the need to materialize these thoughts was shaped in these texts. Today, I won't do any life summaries. 

***

 I recently read an article that inspired me and that I have had in my head for several days. This is the first word of introduction of the new editor of British Elle, Lotte Jeffs (a picture of article above). She talks about what her happiness is and how she found balance between work, health, family and friends. But what in her article is important for me is that in life it is important to be able to admit that we feel bad. That we have a hard time, or even depression. It's no longer a problem of handful of people. And so, as we should speak openly about what is biting us, so we cannot and shouldn't be afraid to say that we are happy. Sometimes we do not do this out of fear that in a moment someone may take away this happiness from us. Or we do not want to show you tomorrow.

But life is not always great or even good. The thing is how you handle it. Is not that the man who lost much is the one that appreciates
the most what he has?In my life I had a moment that in a few days almost all came crashing down on my head. I thought then that if it was so bad, that from then on it could only get better. Must be. And it was. And although it seemed like the end of the world, it is still there.

In the end, the stars can be seen only when it is very dark.


środa, 1 lutego 2017

Tym razem się uda! Miłość pokolenia Y. It'll work this time. The love of generation Y.

Ostatnio usłyszałam o tendencji, którą praktykuje pokolenie milenialsów
Polega ona na powrotach do pierwszej miłości. I ponownym złączeniu się z osobą z "kiedyś" - by ocalić to dawne uczucie, najmocniejsze, bo przecież młodzieńcze, od zapomnienia. Przedstawiciele pokolenia Y chcą na nowo pokochać, rozpalić iskrę, dzisiaj nieco przygaszoną albo już całkiem wypaloną. 

I zastanawiam się, ile będą trwać takie stare-nowe związki. Czy wzrośnie odsetek rozwodów. I rozczarowań. Bo przecież nie da się przenieść dawnych emocji w obecną rzeczywistość. Choćbyśmy chcieli - nie cofniemy się w czasie. I co się stało, to się nie odstanie. A czy sam fakt, że ktoś był "tym pierwszym" ma jakąś wartość? Chyba tylko sentymentalną.

Są jednak pary, które muszą się rozstać, żeby zobaczyć, że nie mogą bez siebie żyć. I już nigdy nie zdecydują się być oddzielnie. Ale to kropla w morzu. Bo jednak, nawet po latach, człowiek nie zmienia charakteru. Być może zmienia swoje priorytety. 

Ale cudowna jest ta nadzieja, która pozwala wierzyć, że "tym razem się uda". Bo chcemy bardziej, działamy świadomie i już przecież dorośle. Próbujemy jeszcze raz, od nowa, ale tu przecież nie ma zaskoczenia. I trochę przymykamy oczy na to, że to ta sama osoba i wkurza nas tak, jak kiedyś. 
To trochę jak z kawą, która wystygła. Możemy ją podgrzać w mikrofali, ale nie będzie zbyt smaczna. Lepiej wylać do zlewu. I zaparzyć nową. 



  
Lately I heard about the trend, which is practiced by the generation of the so-called millennials. It involves returning to first love. And the decision to reconnect with that person from the past - in order to save this old feeling, the strongest, because it happened in the very youth, from oblivion. Representatives of this generation Y want to love again, ignite a spark, today somewhat muted or already completely burnt.
 
I wonder how long will take up such old-new relations.And whether the divorce rate will rise. And disappointment rate too. Because it is impossible to move the old emotions in the present reality. Even if we want - we do not go back in time. And what's done is done. And the very fact that someone was "the first" - does it really have any value? Perhaps only sentimental one.
 
However, there are couples who have to part to see that they cannot live without each other. And then -  would never choose to be apart. But this is a drop in the ocean. Cause, even after years, man does not change their nature. Perhaps they might change priorities.
 
But wonderful is this hope which makes us believe that "this time we'll succeed." Because we want it more, we act consciously and already as grown-ups. We try again, from scratch, but there's no surprise. And some turn a blind eye to the fact that it's exactly the same person which annoys us as they used to do before.  

It's a bit like coffee that has already cooled down. We can heat it in the microwave, but it won't be tasty. It is better to pour it into the sink. And brew a new one.

środa, 18 stycznia 2017

Warszawski smog.

Codziennie wieczorem piję herbatkę z angielskiego sklepu, którego wkrótce na Marszałkowskiej nie będzie, bo sieć postanowiła opuścić nasz kraj. Herbata "Calming teabags" sprawia, że na koniec dnia jestem spokojna, a przynajmniej się staram, zaś - gdy idę spać - zasypiam momentalnie, gdy tylko moja głowa znajdzie się na poduszce. Czyli jak zawsze. 

Kupiłam kawę o nazwie "Lazy weekend". Pyszna. Ma tylko jeden problem. Za każdym razem, gdy ją zaparzę i piję, trudno mi wyjść z domu do pracy, bo czuję, jakby był już weekend. Leniwy w dodatku.

Nad stolicą i dużą częścią Polski smog. Trąbią o tym na około, zalecają nie spacerować, nie biegać. 
Okazuje się, że już dawno powietrze w Polsce mamy fatalnej jakości, ale jakoś nikt nas o tym nie informował. A moje codziennie wędrówki pieszo do pracy i z powrotem - dla zdrowia! - okazały się niezbyt zdrowe.

Na zewnątrz zimno, poznikały choinki i światełka. To taki dziwny okres, zima mogłaby się już skończyć, jest trochę śniegu, ale na ulicach mokro i szarawo. Za to w górach piękne warunki do narciarstwa tudzież snowboardingu. 

Jutro odbieram nowy paszport. W obecnej sytuacji można by wybrać się tam, gdzie jest albo śnieg i słońce, albo słońce i morze. Gdzie powietrze będzie lepsze. Wszystko dla zdrowia! Bo do wiosny jeszcze trochę.



Every evening I drink tea from the English shop, which soon will disappear from Marszalkowska St., because the chain has decided to leave our country. Tea called "Calming teabags" makes I stay calm at the end of the day, or at least I try, and - when I go to sleep - I fall asleep immediately, as soon as my head is on the pillow. So as always.

I bought coffee called "Lazy weekend." Delicious. It has only one problem. Every time I make some and drink it, I find it hard to leave the house and go to work, because I feel as if it was weekend already. Lazy one.


Over the capital city and a large part of Poland we have smog. They honk about it around, plus they recommend not to walk on the street, not to run outside. It turns out that for a  long time now air in Poland has been of terrible quality, but nobody was willing to report that. And my daily trek to walk to work and back - for health! - turned out to be not very healthy.


It's called outside, Christmas trees and lights disappeared. It's such a strange time, winter could be already over, there's some snow, but streets are wet and grayish. Yet in the mountains we have beautiful conditions for skiing or snowboarding.

 Tomorrow, I pick up a new passport. In the current situation we could go to a place where it is or snow and sun, or  sun and sea. Where air will be better. Everything for health! Because we have to wait for spring a little bit.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...