niedziela, 19 października 2014

Sweet October

Życie to kolejka górska. Czasem musimy znaleźć się na dole, by nasz "wagonik" mógł znowu powoli wspinać się ku górze. Pamiętam takie momenty, kiedy chciałam krzyknąć "stop klatka!", zatrzymać się i już zostać w danej minucie, w danej sekundzie. Bo było tak dobrze. Niestety tego zrobić się nie da, ale ważne, by łapać te chwile ogromnego szczęścia. Umieć je dostrzec. 
Wspomnienie tych pojedynczych emocji, uśmiechów, obrazów, tak ważne, gdy zaliczymy upadek, pozwoli mieć nadzieję, że znowu będzie nam się chciało wstać z łóżka. Bo w końcu to nie pierwszy raz, gdy spadliśmy na tyłek, a kolejne doświadczenia utwardzają nie tylko tę część ciała... Nie możemy spodziewać się ciągle najgorszego, być wiecznymi malkontentami i widzieć szklankę zawsze do połowy pustą. Z drugiej strony, nie warto oczekiwać od życia tylko miłych momentów, możemy bowiem doznać bolesnego zawodu. 
 Mając 27 lat i różne doświadczenia za sobą, jakiś czas temu już doszłam do wniosku, że nieważne, co by się działo, zawsze udaje mi się dostrzec światełko w tunelu. Niektórzy rodzą się z taką "umiejętnością", innym potrzeba lat, by się jej nauczyć. Należę do tej drugiej grupy, bo wychowana przez mamę - pesymistkę, do pewnego wieku byłam "przesiąknięta" jej podejściem do życia. Jako dorosła osoba, widzę jednak, jak dużo łatwiej żyje się optymistom. Bo, jak powiedział Charles Bukowski,  życie jest miłe na tyle, na ile mu na to pozwolisz.

 

Life is a roller coaster. Sometimes we need to find ourselves at the bottom so our "trolley" could again slowly climb to the top. I remember moments when I wanted to yell: "freeze-frame!", to stop and stay in this very minute, in this very second. Because it was so good. Unfortunately, you can't do this, but it's important to catch such moments of extreme happiness. To be able to see them.
The memory of these individual emotions, smiles, images, so important when you fall again, will give a hope that you'll want to get out of bed eventually. Because in the end it's not the first time you fell on your ass, and another experiences toughen not only this part of your body... We can't always expect the worst, be eternal malcontents and always see the glass half empty. On the other hand, it is not worth expecting only nice moments from life as we may experience painful disappointment.
  Being 27 years old and having met various experiences, for some time already I've come to the conclusion that no matter what would happen, I always manage to see the light at the end of the tunnel. Some people are born with such a "skill", others need years to learn it. I belong to the latter group, as brought up by my mother - pessimist, to the certain age, I was "steeped" with her approach to life. As an adult, I can see how better it is to be an optimist. Cause' - quoting Charles Bukowski - life is as kind as you let it be.
pics: tumblr.com
gif: tumblr.com

niedziela, 12 października 2014

Bonjour, Varsovie.

W sobotę 11 października Warszawa przywitała mnie 30-minutowym korkiem na wjeździe i prawdziwie letnią temperaturą 26 stopni. Kolega pomógł wnieść torby do windy, a wokół wszędzie pełno policji, poruszenie. Za chwilę już wiem - ktoś skoczył z 9 piętra. Znowu. Dokładnie ta sama sytuacja wydarzyła się jakieś 3 lata temu. I w głowie mam jedną myśl: Co musi dziać się w czyjejś głowie, by zdecydować się na skok. Prosto na zimny beton. Psuje mi to humor, choć jest to mniejszy szok, niż za pierwszym razem. Za chwilę puka policjant, pytając, czy wiemy, co się stało. Ale ja dopiero przyjechałam. 

Pomimo wszystko, Warszawa w sobotnie popołudnie jest wspaniała. Głośna, pełna ludzi. Po półtorej tygodnia w rodzinnych Suwałkach, gdzie cisza aż dzwoni w uszach wieczorem, gdy leżę w łóżku, tutaj otwieram szeroko okno i słucham odgłosów miasta. Siedzę na kanapie i nie przeszkadza mi wycie syren.

Wieczorem idę na spotkanie z N., która od lat mieszka za granicą, oraz jej koleżankami. Jest październik, wieczór, a ja nie mam rajstop - jest tak ciepło. Podziwiam otwartą po kilku latach remontów i przebudowy Świętokrzyską i wspominam czasy studiów. Na Chmielnej zaczepia mnie grupa chłopaków - mają wieczór kawalerski i, śpiewając, proszą o jeden taniec z przyszłym Panem Młodym - wprost na ulicy. Uśmiecham się, ale odmawiam i idę dalej, skręcam w Szpitalną. 

Nie wiem, kiedy mijają 4 godziny. W tym damskim gronie, nad kieliszkiem prosecco, rozmowa płynie gładko. Wygrana w meczu z Niemcami sprawia, że miasto oszalało i nie cichnie do późnych godzin. Śpiew, euforia - jak niewiele potrzeba do szczęścia Polakom! Śpiewy i krzyki ustają dopiero ok. 5 nad ranem. Niewiele śpię, ale gdy udaje mi się to na chwilę, śni mi się jezioro. Lato. I kajak. Płynę, ale nie wiem, dokąd. Otwieram oczy w niedzielę i wiem jedno - potrzeba mi kawy. 


 


On Saturday, October 11th, Warsaw greeted me with a 30-minute traffic jam on entry and a truly summer temperature of 26 degrees. A colleague helped bringing the bags to the elevator, and there were lots of police everywhere like something had happened. In a while I knew - someone jumped out of the window from 9th floor. Again. Exactly the same situation occurred about three years ago. And in my head I had one thought: What has to be happening in one's head to decide to jump. Straight to the cold concrete. I'm in a worse mood now, although this is less shocking than for the first time. In a moment, a policeman is knocking at the door, asking if we know what happened. But I just came.
 
Despite it all, Warsaw is great in the Saturday afternoon. Loud and crowded. After one and a half week in the family Suwałki, where silence seems to be ringing in the ears in the evening when I'm lying in bed, here I open wide the window and listen to the sounds of the city. I sit on the couch and I don't even mind sirens.
 
In the evening I go for a meeting with N., who has been living abroad for some time, and her friends. It's October evening and I have no tights - it is so warm. I admire freshly open Świętokrzyska Street, after several years of renovation and reconstruction, and remember the times of study. On Chmielna Street a group of guys bothers me - they have a bachelor party and singing, ask me for a dance with the future Groom - right in the street. Smiling, I refuse, going further. I turn in Szpitalna Street.
 
I don't know when 4 hours have passed. In the ladies company, over a glass of prosecco, the conversation flows smoothly. Poland wins a match with Germany which makes the city gone mad and die away until late. Singing, euphoria - as little is needed for Poles' happiness! Chants and shouts cease until approx. 5 o'clock in the morning. I don't sleep much, but when I manage to get it for a while, I dream of lake. It's summer. I am in canoe, but I don't know where I am floating. I open my eyes on Sunday and I know one thing - I need coffee.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...