sobota, 23 lipca 2016

Mirabelka

Po pięknym, upalnym czerwcu, tegoroczny lipiec mamy w Polsce niezbyt ładny. Parę dni temu, gdy szłam rano do pracy, miałam wrażenie, że to wrzesień. Ale szybko odpędziłam te myśli, bo przecież został jeszcze ponad miesiąc wakacji. Nawet przy 19 stopniach noszę szorty, zaklinam aurę. I wciąż czekam na prawdziwe lato.

Narzekam trochę na pogodę, a przecież ponad tydzień spędziłam na słonecznej Krecie. I tak - wciąż jestem zakochana w Grecji. To chyba, jak na razie, mój najdłuższy stażem romans.

Spędzam ten weekend w rodzinnym domu. Zajrzałam dzisiaj przez płot na podwórko moich nieżyjących już Cioci Pietruszki i Wujka Olka. Nie ma psa, który - mimo, że znał nas od lat - warczał i szczekał za każdym razem, gdy nas widział. Nie bez kozery pasowało mu imię Szakal.

Pusto. Nawet trawa jest mało zielona i wszystko pozamykane na trzy spusty. Chociaż co chwilę ktoś dogląda domu, to mocno czuć wszechobecną nieobecność.

Tylko duża mirabelka, która - odkąd pamiętam - rodziła tysiące malutkich żółtych śliwek, wciąż owocuje. Ziemia jest nimi wprost obsypana. Nikt nigdy nie chciał jeść tych plonów, które ginęły, rozciśnięte pod butami każdego, kto przechodził przez ogród.

Upiekłam dzisiaj ciasto - z mirabelką. Kwaśna. Zbyt kwaśna dla Mamy.

***

Co po nas zostanie? Chyba tylko drzewa. I nieobecność.  



After a beautiful, hot June, the July isn't too good this year. A few days ago, when I was walking to work in the morning, I had the impression that this was September. But quickly I drove those thoughts, because it was still more than a month of vacation. Even when it's 19 degrees, I wear shorts, I beg aura. And I'm still waiting for the real summer.

I complain  a little of the weather, and yet I spent over a week on the sunny island of Crete. And so - I'm still in love with Greece. This is probably, as of now, my longest romance.

I'm spending the weekend at home. Today I looked over the fence into the backyard of my now deceased Aunt Parsley and Uncle Olek. There is no dog that - even though it knew usfor years - growled and barked every time it saw us. Not without reason its name Jackal fit it perfectly.

Empty. Even the grass is not too green and everything is closed up tight. Although every now and then someone looks after the home, you can strongly feel the pervasive absence.

Only large mirabelle plum tree that - since I can remember - born thousands of tiny yellow plums, still bears fruit. Earth is showered with them entirely. Everyone has always refused to eat these crops and they were lost, stretched with the shoes of everyone who walked through the garden.

***

I baked the cake today - with mirabelle. Sour. Too sour for Mom.
What will stay after us? Perhaps trees. And absence.



niedziela, 3 lipca 2016

Say 'goodbye' to strawberries.

Już lipiec. Żal mi było uciekającego czerwca, z najdłuższymi wieczorami, serwującego w Polsce prawdziwie afrykańskie temperatury. Również nocą. Kończy się też sezon na truskawki, wielu nie zdążyło ich w tym roku spróbować. Może za rok. 
 
Dzieci mają wakacje, a dorośli - jeśli się uda - tydzień lub dwa urlopu. Żyjemy za szybko, te 3 miesiące lata mijają jak pstryknięcie palcami. Niektórzy pytają, czemu nie ma mnie ostatnio na weekendy w Warszawie. A ja bez żalu zostawiam stolicę i, chociaż przeklinam cotygodniowe korki, to przez prawie 2 pełne dni cieszę się świeżym powietrzem, jeziorem i słońcem. 

Przypominają mi się różne życiowe sytuacje, oglądam zdjęcia z dzieciństwa i podróży. Z jednej strony, człowiek bywa bardzo sentymentalny. Z drugiej zaś, dotychczasowe doświadczenia uczą, że z wiekiem coraz łatwiej zrezygnować z nieudanej znajomości czy niewygodnej relacji. I iść dalej. 
 
Niektórzy tak nie umieją. Rozpamiętują przeszłość, nie umieją żyć 'tu i teraz', bo emocjonalnie jeszcze nie wyszli z 'wczoraj'. Albo z tego, co było rok, pół roku czy miesiąc temu. Nie warto.
 
Zamiast stać w miejscu w naszych głowach, a w codziennym pędzie nie widzieć otaczającego świata, każdemu z nas przyda się balans. Zatrzymajmy się na trochę. Polskie lato jest cudowne, choć zbyt krótkie.



It's July already. I regreted running away June, with the longest evenings, serving truly African temperatures in Poland. Also at night. Strawberries season is also coming to an end, while a lot of people haven't managed to try them. Maybe next year.
 
 Children have summer break and adults - if they're lucky - a week or two of vacation. We live too fast, these three summer months go by like the snap of your fingers. Some people ask why I'm not in Warsaw on the last weekends. And I have no regrets and leave the capital city, although cursing weekly traffic jams, I have almost 2 full days enjoying fresh air, tlakes and sun.

I remind some different life situations, watch childhood and travel
photos. On the one hand, we are very sentimental. On the other hand, past experience teaches that with age it's getting easier to abandon a failed acquaintance or uncomfortable relationship. And go on. 

Some people can't act like this at all. They dwell on the past, not being able to live 'here and now', because emotionally they haven't left 'yesterday'. Or have not lost the habit of what it was like one year, half a year or a month ago. It's all not worth.


Instead of staying in one place in our heads and rushing in everyday live, we all need a balance. L
et's stop for a moment. Polish summer is beautiful, yet too short.

sobota, 11 czerwca 2016

Zapiski z podróży na Śląsk, grudzień 2015

Przystanek autobusowy w Środzie Śląskiej. Obok kiosku, gdzie uszminkowane na różowo babcie sprzedają kwiaty - owszem - ale tylko sztuczne, z plastyku, za to we wszystkich kolorach tęczy, na wielkiej ścianie budynku wita podróżnych wymalowana przez artystów graficiarzy twarz 2Paca. Tak, tego rapera od 'Changes'.

W Lubinie bez drugiego "L" na ulicy wszyscy weseli od samego rana, część jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że weekend się niechybnie skończył, krokiem węża przemierzając chodniki, śpiewa wcale nie pod nosem. 

We Wrocławiu mżawka. I dużo zmian (changes, changes, jakie życie - taki rap). Przebudowa dworca PKS. Ale wszystkie budynki takie ładne, prawie każdy zwraca uwagę - a to ciekawym łukiem, a to gzymsikiem. Choć część mocno zaniedbana. A w ciucholandzie kożuchy za stówkę. Całkiem ładne, ale raczej na zimę suwalską, niż wrocławską.

Luksusowy pociąg Intercity do Warszawy pełny tylko w połowie. W końcu to poniedziałek. Wszyscy bardzo spokojni, zaczytani. Popijają kawę rozpuszczalną z napisem "espresso", rozdawaną przez obsługę. I nikt nie chrapie, można posłuchać granego na stacjach Chopina. 






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...