czwartek, 14 grudnia 2017

Find yourself a marry little Christmas

Szukam ich wszędzie. Próbuję znaleźć w sobie i w innych. Stojąc w kolejce w sklepie. Na straganie pod Halą Mirowską. W domu, w pracy. Nawet na zdjęciach. Na ulicy. Nic. Babcia mówi, że porządki, takie z prawdziwego zdarzenia, pomogą. W sobotę tydzień temu sprzątałam kuchnię 3 godziny. Wyjęłam wszystko z szafek, szuflad, zakamarków. Oprócz konfitury niewiadomego rodzaju z 2010 roku, nic mnie tam nie zaskoczyło. 

Gdzie są te Święta? Chociaż na ulicach mrugają światełka, biegam po sklepach w poszukiwaniu prezentów, w pracy kompletowaliśmy Szlachetną paczkę, nadal ich nie czuję. Może dlatego, że nie ma śniegu? I czasem zastanawiam się, czy to już tak będzie? Czy to tylko przywilej dzieci (i mojej Babci)? Od kilku lat próbuję ten stan wywołać. Oglądam odpowiednie filmy, słucham świątecznej muzyki. Nie pomaga. I nie jestem w tym sama.  

Za czym tak tęsknimy? Święta są przecież co roku. 
 
Może żeby było trochę spokojniej, bez tłumu w sklepach. Żeby odliczać dni na kalendarzu. Mieć trochę mniejszy wybór. I mokre buty od śniegu. Żeby w domu naprawdę pachniało choinką, bo co to za Boże Narodzenie bez drzewka. Żeby się chciało chcieć i starać. I marzyć o czymś, że może się znajdzie wśród prezentów. I chować to potem pod poduszką. I wypatrywać tej pierwszej gwiazdki. Choć przecież świeci co roku.


I am looking for it everywhere. I try to find it in myself and in others. Standing in line at the store. At the market nearby Hala Mirowska. At home, at work. Even in the pictures. On the street. Nothing. Grandma says that real cleanups, like - real ones, will help. On Saturday, a week ago I was cleaning the kitchen for 3 hours. I took everything out of the cabinets, drawers, nooks and crannies. Except of some jam of the unknown kind from 2010, nothing surprised me.

Where is Christmas? Although the lights are blinking on the streets, I go to stores looking for presents, at work we have completed the Szlachetna paczka, I still do not feel it. Maybe because there is no snow? And sometimes I wonder if it's gonna be like that forever? Is it only a privilege of children (and my grandmother)? I've been trying to put myself in this special state for several years. I watch the right movies, I listen to Christmas music. Doesn't help. And I'm not alone here.


What do we miss so much? Christmas is every year after all.


 
Maybe we wish it was a bit quieter, without a crowd in stores. We wish to count down the days on the calendar. To have a slightly smaller choice. And wet snow boots. We wish the house really smelled of a Christmas tree, because what a Christmas it is without a tree. We wish we really wanted to take care and pay attention. And dream about something to be among gifts. And hide it then under the pillow. And we wish we looked out for that first star.Although it shines every year.


wtorek, 21 listopada 2017

California state of mind

"Czemu nie piszesz na blogu? napisz o Kalifornii".

***

Dzisiaj mija dziewięć dni, jak wróciłam ze Stanów. A właściwie z jednego z nich, co istotne, bo podobno jest inny niż cała reszta Ameryki. Dwa tygodnie wystarczyły, bym pokochała Kalifornię jak mało które miejsce na Ziemi. 

I pytana o to, co mi się tak bardzo podobało, wymieniam miasta, plaże, jedzenie, muzea, ludzi. Ale tak naprawdę trudno jest opisać to wrażenie, które nie chce mnie opuścić po powrocie. Bo trzeba być i poczuć klimat, luz i niewymuszone piękno tych miejsc, w których byłam. Nie idealizuję Los Angeles, są tam brzydkie rejony, takie, gdzie nie warto się pojawiać. Ale tak jest wszędzie.Tacos i guacamole śnią mi się po nocach. Przed oczami ciągle mam palmy i murale na Venice Boulevard. I wspaniałe długie plaże Ocean Beach.
 Zieleń, która aż szczypie w oczy.
 
Nieznajomi mówią ci 'cześć' na ulicy, uśmiechają się, pytają "jak się masz?". I nie wypada odpowiedzieć inaczej jak "dobrze". Może to rodzaj uprzejmości, przez którą zarzuca się Amerykanom powierzchowność. Pewnie tak, bo nikogo nie interesuje, czy akurat boli cię głowa. Ale ten sposób bycia sprawia, że jednak łatwiej nawiązuje się relacje, ludzie są uśmiechnięci i otwarci. I brakuje mi tego na polskiej ulicy, gdzie podobne zachowanie zostałoby odebrane co najmniej jako dziwne. 

I tak, jak zaraźliwy jest uśmiech i łatwość rozmowy tam, tak tutaj zaraźliwe jest odwracanie wzroku i obojętność, chociaż wiem, że ta pani jest z mojego bloku, a tamten chłopak pracuje w tym samym budynku. Może to wina braku słońca, które w Kalifornii świeci przez większość dni w roku? Wiem o tym, że potrzebuję słońca i morza. Widok palm i zieleni mnie uspokaja. 

A może trzeba znaleźć sobie własne słońce. Które będzie świecić niezależnie od pogody. I mieć taką własną Kalifornię. Codziennie.





*

"Why you don't write anything on the blog? Write about California."

***

Today it's been nine days since I returned from the United States. Actually, one of them - what is important, because it is said to be different from the rest of America. Two weeks was enough for me to love California as much as only a few places on Earth.

And asked about what I liked so much there, I say towns, beaches, food, museums, people. But it's really hard to describe the impression that has left me yet after coming back home. Because you have to be and feel the climate, the laid back atmosphere and unconstrained, effortless beauty of those places I've visited. I do not idealize Los Angeles, there are ugly places there, where it is not worth to appear at all. But this happens everywhere. Tacos and guacamole I dream of at night. Palm trees and murals on Venice Boulevard. And wonderful long beaches of Ocean Beach. A greenery that pinches your eyes.

 
 
Strangers tell you 'hi' in the street, they smile, they ask "how are you?". And you don't answer otherwise than "I'm fine, thanks". Maybe it's this kind of kindness of courtesy because of which Americans are accused of being superficial. Probably yes, because no one is interested in whether or not your head aches. But this way of being makes relationships easier, people are smiling and open. And I miss it on the Polish street, where similar behavior would be taken at least as strange.


As infectious is the smile and ease of conversation there, so here it is contagious to look away and indifferent, although I know that this lady is from my block and that boy is working in the same building. Maybe it's the lack of sunshine that shines on most days of the year in California? I need sun and sea in life. The view of palm trees and greenery calms me.


But maybe you have to find your own sunshine. That will shine regardless of the weather. And have your own California. Everyday.

*wiersz: Anna Świerszczyńska; zdjęcia: moje (zakaz kopiowania)

sobota, 21 października 2017

Road Trippin'

W Polsce zaczął się sezon na mandarynki. A to oznacza, że od jesieni nie ma już odwrotu. To nic, że są jabłka, że figi i dynia (którą przyrządzam trzeci weekend z rzędu). To właśnie mandarynki będę jeść aż do początków wiosny, gdy stracą prawdziwy smak. 
 
Tu mamy jesień, ale na południu Europy jeszcze lato. Nie mówiąc o dalekich destynacjach. Łatwo zapomnieć o spadających liściach, deszczu i parasolu, gdy wysiądziemy z samolotu. 
 
***

Niektórzy lubią, gdy niewiele się zmienia. Albo wcale. Ze spokojem przyjmują kolejne pory roku, codziennie jedząc obiad przy tym samym stole, pieniądze odkładając na konto. A walizkę wyciągają trochę z przymusu. Taka przewidywalność dnia codziennego jest strefą komfortu, którą rzadko opuszczają. Bo po co szukać szczęścia gdzie indziej? Przecież wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

A są tacy, których gdzieś ciągnie. Zarabiają pieniądze, by wydać je na bilety w nieznane. Na nową walizkę, bo w starej kółka zaczęły się zacinać. Lubią śniadanie z innym widokiem za oknem. Szlafrok i hotelowe kapcie. Albo przynajmniej łóżko w wynajętym pokoju. Chcą wciąż czuć nowe smaki i zapachy, poznawać ludzi. Czasem się zgubić, żeby się odnaleźć. 
I może by w końcu odnaleźć siebie.




In Poland, the tangerine season began, which means there's no way back from fall. It's nothing that there are apples, figs and pumpkins (which I prepare the third weekend in a row). It is just the tangerines I will be eaing until the beginning of spring when they lose any taste.
 
It's fall here but in the south of Europe it's still summer. Not to mention distant destinations. It's easy to forget about falling leaves, rain and umbrellas when we get off the plane.
***
Some people don't like change too much. Or not at all. They enjoy next seasons, eating dinner at the same table every day, putting money down on the account. And they pull out their suitcase a little because of compulsion. This predictability of the day is a comfort zone they rarely leave. Why seek happiness elsewhere? Well,
the grass is greener on the other side of the fence, isn't it?

And there are some who constantly have a call within to set off somewhere. They earn money to spend it on tickets into the unknown. Or spend it on a new suitcase, because the old one's wheels began to jam. They love breakfast with a different view outside the window. Hotel bathrobe and slippers. Or just a bed in a rented room. They want to feel new flavors and smells, meet people. Sometimes get lost in order to be found. And maybe to find themselves eventually.

poniedziałek, 2 października 2017

It's fall again

Październik. W tym roku wyjątkowo rześki. I choć sprawdzam pogodę przed wyjściem, codziennie rano jestem zdziwiona, "że tak zimno". I żałuję, że nie mam czapki. Szkoda mi lata, które w Polsce było tak krótkie. Ale podróże wynagrodziły mi brak słońca w kraju. 

Już zimno w kostki, a tak lubię podwinięte nogawki. Ale nie chcę na starość narzekać na reumatyzm. Czasem trochę jeszcze udaję, że nie trzeba nosić ciepłych ubrań i zakładam kolejne warstwy. Na cebulkę.
Październik to taki czas, gdy znowu zaczynam myśleć o gotowaniu. Bo bardziej potrzeba teraz takiego jedzenia "na pocieszenie". Bo zimno, bo szybko ciemno. Bo nie można pić kawy w ogródku ulubionej kawiarni.

I chciałoby się ponarzekać, że jesień, że zaraz zima, ale podróże sprawiają, że o tym zapominam. I ten czas w powakacyjnej stolicy, która wróciła do swego normalnego trybu, po 3-miesięcznym wyludnieniu, jest w jakiś sposób kojący. I rano, opatuleni szalikami, wracamy do dobrze nam znanej codzienności. 


October. This year, extremely brisk. And although I always check the weather before leaving, every morning I am surprised that "it's so cold". And I wish I had a hat. I regret summer is over, so short in Poland this year. But travels have compensated me for lack of sunshine in the country.

It's already cold in ankles and I like rolled up trouser legs so much. But I do not want to complain about  rheumatism
when I'm old. Sometimes I pretend a bit that I do not have to wear warm clothes and lay the next layer. 
 
 
October is this time of the year when I start thinking about cooking again. For more we need "comfort food"
now. Because of cold, because it's quickly dark. Because you cannot drink coffee in the garden of your favorite cafe.

And it would be ok to complain that it's fall, that winter is coming, but travel make me forget about it. And this time in the post-vacation capital, which returned to its normal mode, after a 3-month desolation, is somehow soothing and calming. And in the morning, wrapped in scarves, we go back to our well-known everyday life.

niedziela, 17 września 2017

Beautiful Strangers

Autobus - jak mi się wydawało - z Las Palmas do Maspalomas. Jadę na Południe, bo na Północy chmury - zupełnie jak w Warszawie, którą właśnie opuściłam. Siadam obok dziadka z słuchawkami w uszach. Po minucie starszy pan ściąga słuchawki i zaczyna ze mną rozmawiać po hiszpańsku. Jest Kubańczykiem, ale od 20 lat mieszka na Gran Canarii. Pyta, gdzie jadę. Tłumaczę, że chcę jechać na Południe "porque quiero estar bronceada". Zaczyna się śmiać - wsiadłam do złego autobusu. Wysiadamy razem, chociaż jedzie do córki. Idziemy na przystanek, czeka ze mną na autobus, wsiadam - macha mi na pożegnanie i wraca do swoich spraw.

Gdy jestem już we właściwym autobusie, siadam obok młodej dziewczyny i pytam, czy plaża w Maspalomas to ostatni przystanek. Potwierdza i mówi, że też tam jedzie. To Słowenka, Kristina, ma 19 lat i pracuje w hostelu obok domu, w którym się zatrzymałam. Spędzamy razem cały dzień. Gdy pod koniec dnia mówię, ile mam lat, nie wierzy mi - muszę pokazać jej dowód osobisty. Myślała, że mam najwyżej 23. A ja myślę sobie, że w środku na pewno - jeśli nie mniej. 

Pierwsze dni surfingu są ciężkie. Mam jesienny katar przywieziony z Polski, fale są ogromne, ciągle mam we włosach morskie rośliny. Przez pół roku nie będę chyba używać soli. Początki. I świadomość, że może wcale nie zostanę surferką. Na koniec te litry słonej wody, którą wypijam okazują się zbawienne dla moich dróg oddechowych. I udaje mi się stanąć i płynąć na desce.

***

I znowu jestem w Warszawie. Jesień na całego. Już tęsknię za słońcem, słoną wodą i tymi obcymi, cudownymi ludźmi. Za innymi uczestnikami surf & yoga camp. Za hiszpańską muzyką i tapas. Znowu mam katar.

Wczoraj usłyszałam, że miłość jest jak powrót do domu po długiej podróży.
Dla mnie miłość to pakowanie walizki.




The bus - as I thought - from Las Palmas to Maspalomas. I'm going to the South because in the North there're clouds like in Warsaw that I just left. I sit next to some old man with headphones in his ears. After a minute, the old man pulls his headphones out and starts talking to me in Spanish. He is Cuban but has lived in Gran Canaria for 20 years. He asks where I am going. So I explain I want to go to the South "porque quiero estar bronceada". He starts to laugh - I got into the wrong bus. We get off together, although he was on the way to his daughter. We go to the bus stop, wait for the bus, then I get on - he's waving me goodbye and going back to his things.

 T
hen I'm on the right bus, I sit next to a young girl and ask if the beach in Maspalomas is the last stop. She confirms and says that she's also going there. She's Slovenian, Kristina, 19-year-old and works in a hostel next to the surf house I stayed in. We spend all day together. When, at the end of the day, I say how old I am, she doesn't believe - I have to show her my ID. She thought I was 23 at the most. And I think that inside - I am - if not less.The first days of surfing are heavy. I have an autumn runny nose I brought from Poland, waves are huge, I have marine plants in my hair all the time. For half a year I will not use salt. The beginnings. And knowing that I may not be a surfer at all. Finally, those liters of salty water that I drink turn out to be salvific for my airways. And I manage to stand and float on board.***And again I'm in Warsaw. It's autumn all over. I already miss sun, salty water and those stranger, wonderful people. I miss other surf & yoga camp participants. I miss Spanish music and tapas. I have runny nose again.


 Yesterday I heard that love is like coming back home after a long journey.For me love is packaging a suitcase.

*all pics are mine


środa, 23 sierpnia 2017

Late August

W poniedziałek 21 sierpnia tego roku mieliśmy szansę oglądać (w Polsce w tv) całkowite zaćmienie Słońca. Na żywo można je było zobaczyć w Stanach Zjednoczonych, przy użyciu specjalnych okularów, choć niektórzy zdecydowali się bez. "Następne będzie może za 100 lat", jak śpiewał niegdyś polski zespół rockowy wszech czasów. I rzeczywiście, kolejne zaćmienie całkowite będzie miało miejsce w 2135 roku. Raczej go na tej planecie nie obejrzymy. Nasze wnuki i prawnuki - pewnie tak. 

Dopadła mnie choroba. Od poniedziałku siedzę w domu, mam leki, piję herbatki i zaczytuję się we wszystkim. Myślałam, że po 2 dniach mi przejdzie, ale niestety organizm postanowił dłużej dochodzić do siebie. Trudno. Najwyżej przeczytam cały Internet. Bo gazety i książki się powoli kończą.

I gdy tak siedzę w domu, nie mogę pozbyć się wrażenia, że w powietrzu czuć już jesień. Trzy ostatnie dni były deszczowe i bure. Dzisiaj wyszło słońce, a w pogodzie widać jeszcze ciepłe momenty, czasem wrzesień bywa upalny. 

Tylko czy w tym tym dziwnym uczuciu nostalgii, które sprawia, że mamy ochotę oglądać filmy otuleni kocem i znowu jeść coś ciepłego, chodzi o pogodę? Można oszukać aurę i wyruszyć na Południe. Siebie nie oszukasz.




On Monday, August 21 of this year, we had the chance to watch (in Poland on tv) a total eclipse of the Sun. You could see it live in the United States, using special glasses, though some have opted out. "The next may be in 100 years", as the Polish super rock band was singing. And indeed, another complete eclipse will take place in 2135. We will rather not see that on this planet. Our grandchildren and great-grandchildren - probably yes.

I am sick. Since Monday I've been sitting at home, taking medication, drinking tea and getting read everything. I thought that after 2 days I'd be fine, but unfortunately my body decided to come back to health on its own terms.
Well, it's a good idea to read the whole Internet through. Cause I'm running out of books and magazines already.

 
And when I sit at home, I cannot get rid of the feeling that the air is already autumnal. The last three days were rainy and gloomy. Today sun came out and in the weather there are still warm moments, sometimes even September is still hot.


Only in this strange feeling of nostalgia that makes us feel like watching movies wrapped in blankets and eating something warm again, is it about the weather?
You can fool aura and head South. But you can't fool yourself.

The painture: Fishing on the Seine, c.1940. Jules René Hervé. Canvas, Oil Paint
The photo: tumblr.com 

środa, 16 sierpnia 2017

Eterno Agosto

Ostatni post pisałam, gdy zaczynał się lipiec. Minęło trochę czasu. Pogoda się poprawiła, wróciły afrykańskie upały, kwiaty za oknem najpierw wyschły mi tak, że musiałam je skrócić o głowę(y), ponownie zakwitły - na tydzień, a dzisiaj znowu je przycięłam. Po drodze byłam w Paryżu, na Korfu, w Szczecinie, Wigierskim Parku Narodowym i w Wildze (60 km od Warszawy). 
 
Przez to, w znacznej mierze radosne, podróżowanie, kompletnie straciłam poczucie czasu i dzisiaj doszło do mnie, że zostały 2 tygodnie wakacji. Gdy powiedziałam to koledze, stwierdził, że za rok będą następne, więc nie ma się czym przejmować. Niezbyt to jednak do mnie przemawia, bo w środku chyba mam ciągle 10 lat i przeżywam to tak, jakbym 1 września miała stawić się na inauguracji roku szkolnego. 

Tymczasem trzeba wykorzystać te ostatnie dni sierpnia, już krótsze i chłodniejsze - rano i wieczorem. Ale jednak ciągle ciepłe. Może kino letnie na dworze, może biwak lub góry. A może jeszcze morze?


The last post I wrote was when June was over. Some time has passed now. The weather has improved, the African heat came back, the flowers outside my window first dried up so I had to shorten their heads, blossomed again - for a week, and today I cut them again. In the meantime I was in Paris, Corfu, Szczecin, Wigry National Park and Wilga (60 km from Warsaw).
 
 By this, to a large extent joyful, traveling, I completely lost the sense of time and today I realised that it's only 2 weeks of vacation ahead. When I told it to my friend, he said that vacation will be also next year, so there's nothing to worry about. But it does not speak to me because inside obviously I'm still 10 years old and I experience it as if I was about to appear at the inauguration of the school year on the September, the 1st.

Meanwhile, it is necessary to use these last days of August, already shorter and cooler in morning and evening. But still warm. Maybe a summer movie theater, maybe a bivouac or mountain. Or maybe the sea?

piątek, 30 czerwca 2017

So June is over? Julying.

Pogoda nas nie rozpieszcza. Chociaż początek czerwca wyglądał obiecująco, to mniej więcej od jego połowy aż do teraz - leje. Z przerwami, ale jednak. Dzisiaj, opuściwszy miejsce pracy, szłam spokojnie do domu, nawiedzając po drodze pobliską księgarnię, gdy nagle niebo ściemniało i nad stolicą przeszedł prawdziwy tropikalny tajfun. Ciekawie było to oglądać znad przewodnika po Grecji (i zza szyby), jednak pytanie, które w całym tym zamieszaniu brzęczało jak bąk w głowie: "To ma być lato??", odbierało czar tym niespotykanym na ziemi polskiej urokom natury.

I trzeba zwrócić honor amerykańskim naukowcom, którzy taką pogodę prognozowali na tegoroczne lato w Polsce. Zwyciężyli zatem ci, którzy wybrali w tym roku urlop za granicą, a nie pod polską chmurką. A właściwie chmurą. Choć wciąż trzymam kciuki za poprawę aury, bo - oprócz planów wyjazdowych - mam też lokalne. Z namiotem włącznie.

I dzisiaj, gdy zobaczyłam, że mamy ostatni dzień czerwca, pomyślałam, że to niemożliwe. Że to już 1/3 lata za nami, a ja wciąż jestem nieopalona. Choć z zapasem kapeluszy, bo po latach fascynacji butami, torebkami i biżuterią, przyszła kolej na te - wcześniej uważane przeze mnie za całkowicie zbędne - nakrycia głowy. Co świadczy o tym, że i owszem, człowiek zmienia się - wciąż i nieustannie. Trudno mi wręcz za sobą nadążyć. 
I mam zamiar je nosić - nie tylko na wakacjach.


The weather does not spoil us. Although the beginning of June looked promising, from about half of month up to now - it's raining cats and dogs. With breaks, but nevertheless. Today, having left the workplace, I was walking quietly home, haunting the nearby bookstore when the sky suddenly darkened and the real tropical typhoon passed over the capital city. It was interesting to watch it over the guide to Greece (and from behind the glass), but the question, which in all this confusion was buzzing in the head: "You call 'this' summer?", took away the charm of this unique phenomenon of nature in Poland.

 
And we need to pay honour to American scientists who have exatly accurate weather forecast for this summer in Poland. So those who chose to spend their summer holidays abroad and not under the Polish little cloud, were the ones who won. In fact, under a huge cloud. Although I keep my fingers crossed for the improvement of the aura, because - apart from travelling abroad plans - I have also local ones. Including a tent.


And today, when I saw we had the last day of June, I thought it was impossible. That is already 1/3 of summer behind us, and I still haven't tanned. Although with hats in bulk, because after years of fascination with shoes, purses and jewelry, it came to those - previously regarded as completely unnecessary - headgear. What proves that a human being changes constantly and constantly. It's hard for me to keep up with myself even. And I'm going to wear them - not just on vacation.

sobota, 10 czerwca 2017

Sztuka spadania.

I znowu mamy czerwiec. Najpiękniejszy miesiąc w roku. Zajadam truskawki, różowe piwonie w wazonie cieszą oczy, a na twarz trzeba nakładać krem z filtrem. Bo słońce praży. I trudno mi usiedzieć w domu, pogoda taka piękna. Mimo, że zapowiadają deszcz i burze, to jednak mamy lato. 

***

I to wszystko widać także w social media. Kwiaty, bikini, radość, alkohol w pięknych kieliszkach. Idealne dziewczyny, idealni chłopcy, idealne życie. Ktoś mógłby pomyśleć, że tak jest naprawdę. 
Bo kto pokazuje innym porażki, klęski, złamane serce? A one są. Jak to w życiu. Tylko nie ma ich na zdjęciu.

I tęsknię trochę za czasami sprzed internetu. Choć sama korzystam z facebooka, instagrama, bo mogę dzięki temu utrzymać niektóre kontakty, czerpać inspirację czy sama powspominać, oglądając swoje stare zdjęcia, to jednak patrzę na te media z dystansem. Którego brakuje dzieciom, wychowanym już w czasach, gdy internet był "od zawsze". Dla nich to normalne, że wszystko można sprawdzić w Google, że skoro jesteśmy w nowym miejscu, to musimy się "oznaczyć". Itd itd...
I patrzą na ten "wygładzony" świat, przepuszczony przez dobry filtr w aplikacji.

A życie to nie ciągła impreza, wcale nie zawsze gładka twarz i pyszne śniadanie do łóżka. Zrobić ładne zdjęcie to sztuka. Dzielenie się nim - pewnie też. Trudniej sfotografować zmęczenie, ból. Upadek. A tak samo ważna jak umiejętność uchwycenia piękna czy radości jest umiejętność prawdziwego ich przeżywania. Bycia tu i teraz. Radzenia sobie z emocjami. Podnoszenia się. 

Życie to także sztuka spadania.
 
 
 
 
 
 
And we have June again. The most beautiful month of the year. I get strawberries, pink peonies in the vase enjoy the eyes and you need to apply cream with a filter. Because sun is roasting. And it's hard for me to sit at home, so beautiful is the weather. Although they announce rain and storms, it's summer after all.

***

And all this is also visible in social media. Flowers, bikini, joy, alcohol in beautiful glasses. Perfect girls, perfect boys, perfect life. Someone might think that this is really true. For who shows other failures, disasters, broken heart? And they are. It's life, isn't it? Only they are not in the pictures.

And I miss a bit life before the times of internet sometimes. Although I use facebook, instagram because I can maintain some contacts, get inspiration or remind some things watching my old photos, yet I look at these media from distance. Which is lacked by children, brought up in times when internet has been there since "forever". For them, it's normal that everything can be checked on Google, that being in a new place, we have to "tag" ourselves there. Etc etc ...And they look at this "smoothed out" world, passed by a good filter in the application.

And life is not a continuous party, not always a smooth face and a delicious breakfast in bed. Taking a nice photo is an art. Sharing it - probably too. Difficult to photograph, however, is fatigue, pain. Fall. And just as important as the ability to capture beauty or joy is the ability to truly experience them. Being here and now. Coping with emotions. Raising again.
Life is also the art of falling.


niedziela, 14 maja 2017

Życie zaczyna się po 30.

Ruch na ulicy się nasila, ludzie wracają do domu z weekendu za miastem. I nikt się nie denerwuje, że korki, bo piękna aura i wysokie temperatury wynagradzają nadprogramowy czas spędzony w samochodzie.Warszawa jest przyjemna w takie ciepłe weekendy. Leniwa, spokojniejsza. I, jak się okazuje, wciąż pełna nowych uliczek i miejsc. Po tylu latach nadal mnie zaskakuje.
 
Moje urodziny w lutym otworzyły sezon na 30-stki. Wczoraj bawiłam się w wynajętej na Mokotowie willi aż na dwóch imprezach z okazji tych okrągłych urodzin. I pomyślałam sobie, widząc po wielu latach koleżanki ze szkoły, że czas, choć minął nieubłaganie, zadziałał jednak na korzyść. Aż miło patrzeć, gdy z wiekiem człowiek pięknieje.

A więc nie są to tylko puste słowa, że życie zaczyna się po 30stce. Widząc, jak wyglądają moje koleżanki, pewniejsze siebie i zwyczajnie ładniejsze niż w czasach szkolnych czy nawet studenckich, i koledzy - z sukcesami, czasem łysinką, ale jednak już męscy i chyba dorośli..., wierzę w to, że tak jest. Że to taki dobry czas. Niby nie tak dawno było się jeszcze studentem, ale w głowie już zupełnie co innego. Można skupić się na życiu, bo egzaminy już zdane. I okazuje się, że nawet niedziele są fajne. Choć tak bardzo ich nie lubiłam.




Traffic on the street is rising, people come home from weekend out of the city. And no one is upset with the traffic jams cause the beautiful aura and high temperatures pay off extra time spent in car.Warsaw is comforting on such warm weekends. Lazy, calmer. And, as it turns out, still full of new alleys and places. After so many years, it still surprises me.

 
After my birthday in February, which opened the season for 30s, yesterday I had a double party in the rented Mokotow villa on the occasion of this milestone birthday. And I thought, seeing girlfriends from school
after many years, that, although it passed inevitably, time worked in their favor. It's nice to look at the man who bceomes more beautiful with age.

So these are not just empty words that life begins after 30. Seeing what my girlfriends look like, more confident and simply better than at school or even during studies, and my male friends - with success, sometimes with a bald head, but still masculine and already adult ..., I believe that these words are true. This is such a good time. Not that long ago you were student, yet now with totally different things in your head. You can focus on life because exams are passed. And it turns out that even Sundays are cool. Although I used to dislike them so much.


sobota, 6 maja 2017

To był maj.

Burza w Warszawie popsuła nieco wieczorne sobotnie plany. Po chłodnej majówce, temperatura już wczoraj rosła z każdą godziną, by dzisiaj powitać całkiem letnią aurą. Gdy jadłam zielone szparagi i groszek cukrowy, miałam wrażenie, że to już lato. 

Spacerując dzisiaj po Warszawie, pomyślałam, że, choć dopiero stamtąd wróciłam, najbardziej lubię maj w Suwałkach. Gdy jest ciepło, trawa jest soczyście zielona, kwitną drzewa, mlecze są żółte, pyłkiem brudzą ręce i ubranie. Może to nie za miastem zatęskniłam, a za wspomnieniem majowych dni w rodzinnym mieście, wiele lat temu?

Czasem chyba nie tęsknimy za miejscem czy za osobą, ale wrażeniem, chwilą. Wystarczy piosenka, zdjęcie, rozmowa. Albo żadne z nich. Wchodzimy w korytarz pamięci, i błądząc, docieramy do miejsc, które wydawały się dawno zapomniane. Zwłaszcza, gdy się przymknie oczy.

***

Jest maj, mam 3 lata. Wracamy z mszy komunijnej mojego kuzyna. Jestem zadowolona, bo było mi tak nudno, że pół mszy dłubałam palcem w nosie (wszystko zarejestruje potem kamera...). Wszyscy idą chodnikiem, a ja biegnę przez żółte pole mleczy, mam białą sukienkę i ciocia krzyczy, żebym szybko stamtąd wróciła, bo będzie brudna. Ale ja nie słucham próśb, bardzo mi się to podoba, a niektóre mlecze są wyższe ode mnie. I myślę tylko o tym, że po obiedzie będą lody.

Alexis Rockman (American, b. 1962), Dandelions, 2005. Oil on board, 45.9 x 61 cm.

The storm in Warsaw has broken some of Saturday evening's plans. After the cold weather during the long weekend, the temperature was already rising with every hour yesterday, to welcome a pretty summer aura today. When I was eating green asparagus and sugar peas, I had a feeling it was already summer.

Walking around Warsaw today, I thought that, even though I just returned from there, I would most like to have May in Suwałki. When it is warm, grass is lush green, trees are blooming, dandelions are yellow, pollen makes hands and clothing dirty. Maybe it was not the hometown I missed, but the memory of days in my there in May, many years ago?

Sometimes we just do not yearn for the place or the person, but the feeling or experience. Just a song, a picture or a simple conversation. Or none of them.We walk into the corridor of memory and wandering, we reach places that seemed long forgotten. Especially when your eyes are closed.

***

It's May, I'm 3 years old. We are returning from the communion of my cousin. I am happy because I was so bored that half the mass I was nudging my nose (everything will be registered by camera later...). Everybody's walkingdown the pavement, but I am running through the yellow field of dandelions, I have a white dress and my aunt tells me to go back from there because it will be dirty. But I do not listen at all, I like it a lot and some of the dandelions are higher than me. And all I am thinking about is ice cream after dinner.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Primavera

Chociaż lubię Święta i spotkania z rodziną i przyjaciółmi, to jednak czuję ulgę, gdy można już wrócić do normalnego trybu. Zawsze wolałam Boże Narodzenie, bo Wielkanoc, choć radosna, jest jednak krótka. Zanim człowiek zacznie na dobre świętować, zaraz trzeba kończyć. 

I miło dzisiaj się wracało do stolicy, bo prawie bez korków, słońce przypominało, że to już kwiecień, choć znowu zrobiło się zimno, a w Suwałkach padał wielkanocny śnieg.

Wiosna. Do tej pory bardzo zmienna i jakby wycofana. Rok temu prawie nie było jej wcale i z zimy właściwie zrobiło się lato. Jaka będzie w tym roku? Choć w prognozach trudno ją dostrzec, bo pojawia się i znika, to czuję, że jest tuż za rogiem. 



Although I enjoy Easter and meeting my family and friends, I feel relieved when I can return to normal everyday mode. I always preferred Christmas, because Easter, though joyful, is, however, short. Before you start celebrating for good, you have to finish already.
 
And it was so nice today to return to the capital city, almost with no traffic and the sun reminding that it's April actually, though it's cold again, and in Suwałki an Easter snow was falling these days.
 
Spring. So far very variable and as if a little withdrawn. A year ago, it was almost no sprong and winter turned into summer. What it will be like this year? Although in forecasts it is difficult to see it because it appears and disappears, I feel that it is just around the corner.

sobota, 25 marca 2017

The art of letting go

"Life is an art of letting go" (w wolnym tłumaczeniu: "Życie jest sztuką odpuszczania"). Przeczytałam dzisiaj to zdanie i pomyślałam, że dużo w nim prawdy. Choć nie każdy dochodzi do podobnych wniosków szybko, a może wcale, warto czasem odpuścić albo wypuścić pewne rzeczy z naszego życia.
 
Bywa, że usilnie próbujemy i walczymy - o kogoś, o daną rzecz czy sprawę. Często okazuje się, że na próżno. Nie wszystko można naprawić, gdy się zepsuło. I nie zawsze to, że bardzo czegoś chcemy, będzie nam dane. Nie wszystko też możemy zatrzymać. I może to jest właśnie ten moment, gdy tę rzecz, osobę czy miejsce należy puścić wolno.

Dotyczy to różnych elementów naszej codzienności. Może to być znajomość, która się wypaliła, praca, w której od dawna się nie rozwijamy, czy rzecz, która już nam nie służy. Raczej rzadko coś jest nam dane na całe życie. A i tego nie można być pewnym. Są ludzie, rzeczy i miejsca, które miały odegrać jakąś rolę, a gdy ją spełniły, puśćmy je wolno. Pomogły nam lub tylko towarzyszyły, więc powinniśmy umieć je "pożegnać". Tylko wtedy można być prawdziwie wolnym.

I nie wiem, czy nazwałabym tę umiejętność sztuką, ale na pewno jest dużo mądrości i siły w odpuszczaniu. Czasem z ulgą, czasem przez łzy lub złość albo ze strachem. Ale zawsze po to, by zrobić miejsce dla nowych rzeczy, osób i zdarzeń w naszym życiu.


"Life is an art of letting go". I read this sentence today and I thought there was much truth in it. Although not everyone comes to similar conclusions quickly, or perhaps at all, it is worth sometimes to let go of certain things in our lives.
 
Sometimes we try and fight hard - for someone, for a thing or a case. Often it turns out that it was all for nothing. Not everything can be repaired when it has broken. And not always we can have what we really want. We also are not able to keep everything or everybody. And maybe this is the moment when this thing, person or place should be released freely.

This concerns the various elements of our everyday life. It may be a relationship that has burned out, a job that hasn't been making us grow for a long time, or just a thing that is no longer working for us. Rarely something is given to us for a lifetime. And even that cannot be sure. There are people, things and places to play a role, and when they do, let them go. They helped us or just accompanied us, so we should know how to say goodbye. Only then can you be truly free.

And I don't know if I would call this skill an art, but there is certainly a lot of wisdom and strength in letting go. Sometimes with relief, sometimes through tears or anger, or with fear. But always to make room for new things, people and events in our lives.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...