sobota, 21 października 2017

Road Trippin'

W Polsce zaczął się sezon na mandarynki. A to oznacza, że od jesieni nie ma już odwrotu. To nic, że są jabłka, że figi i dynia (którą przyrządzam trzeci weekend z rzędu). To właśnie mandarynki będę jeść aż do początków wiosny, gdy stracą prawdziwy smak. 
 
Tu mamy jesień, ale na południu Europy jeszcze lato. Nie mówiąc o dalekich destynacjach. Łatwo zapomnieć o spadających liściach, deszczu i parasolu, gdy wysiądziemy z samolotu. 
 
***

Niektórzy lubią, gdy niewiele się zmienia. Albo wcale. Ze spokojem przyjmują kolejne pory roku, codziennie jedząc obiad przy tym samym stole, pieniądze odkładając na konto. A walizkę wyciągają trochę z przymusu. Taka przewidywalność dnia codziennego jest strefą komfortu, którą rzadko opuszczają. Bo po co szukać szczęścia gdzie indziej? Przecież wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

A są tacy, których gdzieś ciągnie. Zarabiają pieniądze, by wydać je na bilety w nieznane. Na nową walizkę, bo w starej kółka zaczęły się zacinać. Lubią śniadanie z innym widokiem za oknem. Szlafrok i hotelowe kapcie. Albo przynajmniej łóżko w wynajętym pokoju. Chcą wciąż czuć nowe smaki i zapachy, poznawać ludzi. Czasem się zgubić, żeby się odnaleźć. 
I może by w końcu odnaleźć siebie.




In Poland, the tangerine season began, which means there's no way back from fall. It's nothing that there are apples, figs and pumpkins (which I prepare the third weekend in a row). It is just the tangerines I will be eaing until the beginning of spring when they lose any taste.
 
It's fall here but in the south of Europe it's still summer. Not to mention distant destinations. It's easy to forget about falling leaves, rain and umbrellas when we get off the plane.
***
Some people don't like change too much. Or not at all. They enjoy next seasons, eating dinner at the same table every day, putting money down on the account. And they pull out their suitcase a little because of compulsion. This predictability of the day is a comfort zone they rarely leave. Why seek happiness elsewhere? Well,
the grass is greener on the other side of the fence, isn't it?

And there are some who constantly have a call within to set off somewhere. They earn money to spend it on tickets into the unknown. Or spend it on a new suitcase, because the old one's wheels began to jam. They love breakfast with a different view outside the window. Hotel bathrobe and slippers. Or just a bed in a rented room. They want to feel new flavors and smells, meet people. Sometimes get lost in order to be found. And maybe to find themselves eventually.

poniedziałek, 2 października 2017

It's fall again

Październik. W tym roku wyjątkowo rześki. I choć sprawdzam pogodę przed wyjściem, codziennie rano jestem zdziwiona, "że tak zimno". I żałuję, że nie mam czapki. Szkoda mi lata, które w Polsce było tak krótkie. Ale podróże wynagrodziły mi brak słońca w kraju. 

Już zimno w kostki, a tak lubię podwinięte nogawki. Ale nie chcę na starość narzekać na reumatyzm. Czasem trochę jeszcze udaję, że nie trzeba nosić ciepłych ubrań i zakładam kolejne warstwy. Na cebulkę.
Październik to taki czas, gdy znowu zaczynam myśleć o gotowaniu. Bo bardziej potrzeba teraz takiego jedzenia "na pocieszenie". Bo zimno, bo szybko ciemno. Bo nie można pić kawy w ogródku ulubionej kawiarni.

I chciałoby się ponarzekać, że jesień, że zaraz zima, ale podróże sprawiają, że o tym zapominam. I ten czas w powakacyjnej stolicy, która wróciła do swego normalnego trybu, po 3-miesięcznym wyludnieniu, jest w jakiś sposób kojący. I rano, opatuleni szalikami, wracamy do dobrze nam znanej codzienności. 


October. This year, extremely brisk. And although I always check the weather before leaving, every morning I am surprised that "it's so cold". And I wish I had a hat. I regret summer is over, so short in Poland this year. But travels have compensated me for lack of sunshine in the country.

It's already cold in ankles and I like rolled up trouser legs so much. But I do not want to complain about  rheumatism
when I'm old. Sometimes I pretend a bit that I do not have to wear warm clothes and lay the next layer. 
 
 
October is this time of the year when I start thinking about cooking again. For more we need "comfort food"
now. Because of cold, because it's quickly dark. Because you cannot drink coffee in the garden of your favorite cafe.

And it would be ok to complain that it's fall, that winter is coming, but travel make me forget about it. And this time in the post-vacation capital, which returned to its normal mode, after a 3-month desolation, is somehow soothing and calming. And in the morning, wrapped in scarves, we go back to our well-known everyday life.

niedziela, 17 września 2017

Beautiful Strangers

Autobus - jak mi się wydawało - z Las Palmas do Maspalomas. Jadę na Południe, bo na Północy chmury - zupełnie jak w Warszawie, którą właśnie opuściłam. Siadam obok dziadka z słuchawkami w uszach. Po minucie starszy pan ściąga słuchawki i zaczyna ze mną rozmawiać po hiszpańsku. Jest Kubańczykiem, ale od 20 lat mieszka na Gran Canarii. Pyta, gdzie jadę. Tłumaczę, że chcę jechać na Południe "porque quiero estar bronceada". Zaczyna się śmiać - wsiadłam do złego autobusu. Wysiadamy razem, chociaż jedzie do córki. Idziemy na przystanek, czeka ze mną na autobus, wsiadam - macha mi na pożegnanie i wraca do swoich spraw.

Gdy jestem już we właściwym autobusie, siadam obok młodej dziewczyny i pytam, czy plaża w Maspalomas to ostatni przystanek. Potwierdza i mówi, że też tam jedzie. To Słowenka, Kristina, ma 19 lat i pracuje w hostelu obok domu, w którym się zatrzymałam. Spędzamy razem cały dzień. Gdy pod koniec dnia mówię, ile mam lat, nie wierzy mi - muszę pokazać jej dowód osobisty. Myślała, że mam najwyżej 23. A ja myślę sobie, że w środku na pewno - jeśli nie mniej. 

Pierwsze dni surfingu są ciężkie. Mam jesienny katar przywieziony z Polski, fale są ogromne, ciągle mam we włosach morskie rośliny. Przez pół roku nie będę chyba używać soli. Początki. I świadomość, że może wcale nie zostanę surferką. Na koniec te litry słonej wody, którą wypijam okazują się zbawienne dla moich dróg oddechowych. I udaje mi się stanąć i płynąć na desce.

***

I znowu jestem w Warszawie. Jesień na całego. Już tęsknię za słońcem, słoną wodą i tymi obcymi, cudownymi ludźmi. Za innymi uczestnikami surf & yoga camp. Za hiszpańską muzyką i tapas. Znowu mam katar.

Wczoraj usłyszałam, że miłość jest jak powrót do domu po długiej podróży.
Dla mnie miłość to pakowanie walizki.




The bus - as I thought - from Las Palmas to Maspalomas. I'm going to the South because in the North there're clouds like in Warsaw that I just left. I sit next to some old man with headphones in his ears. After a minute, the old man pulls his headphones out and starts talking to me in Spanish. He is Cuban but has lived in Gran Canaria for 20 years. He asks where I am going. So I explain I want to go to the South "porque quiero estar bronceada". He starts to laugh - I got into the wrong bus. We get off together, although he was on the way to his daughter. We go to the bus stop, wait for the bus, then I get on - he's waving me goodbye and going back to his things.

 T
hen I'm on the right bus, I sit next to a young girl and ask if the beach in Maspalomas is the last stop. She confirms and says that she's also going there. She's Slovenian, Kristina, 19-year-old and works in a hostel next to the surf house I stayed in. We spend all day together. When, at the end of the day, I say how old I am, she doesn't believe - I have to show her my ID. She thought I was 23 at the most. And I think that inside - I am - if not less.The first days of surfing are heavy. I have an autumn runny nose I brought from Poland, waves are huge, I have marine plants in my hair all the time. For half a year I will not use salt. The beginnings. And knowing that I may not be a surfer at all. Finally, those liters of salty water that I drink turn out to be salvific for my airways. And I manage to stand and float on board.***And again I'm in Warsaw. It's autumn all over. I already miss sun, salty water and those stranger, wonderful people. I miss other surf & yoga camp participants. I miss Spanish music and tapas. I have runny nose again.


 Yesterday I heard that love is like coming back home after a long journey.For me love is packaging a suitcase.

*all pics are mine


środa, 23 sierpnia 2017

Late August

W poniedziałek 21 sierpnia tego roku mieliśmy szansę oglądać (w Polsce w tv) całkowite zaćmienie Słońca. Na żywo można je było zobaczyć w Stanach Zjednoczonych, przy użyciu specjalnych okularów, choć niektórzy zdecydowali się bez. "Następne będzie może za 100 lat", jak śpiewał niegdyś polski zespół rockowy wszech czasów. I rzeczywiście, kolejne zaćmienie całkowite będzie miało miejsce w 2135 roku. Raczej go na tej planecie nie obejrzymy. Nasze wnuki i prawnuki - pewnie tak. 

Dopadła mnie choroba. Od poniedziałku siedzę w domu, mam leki, piję herbatki i zaczytuję się we wszystkim. Myślałam, że po 2 dniach mi przejdzie, ale niestety organizm postanowił dłużej dochodzić do siebie. Trudno. Najwyżej przeczytam cały Internet. Bo gazety i książki się powoli kończą.

I gdy tak siedzę w domu, nie mogę pozbyć się wrażenia, że w powietrzu czuć już jesień. Trzy ostatnie dni były deszczowe i bure. Dzisiaj wyszło słońce, a w pogodzie widać jeszcze ciepłe momenty, czasem wrzesień bywa upalny. 

Tylko czy w tym tym dziwnym uczuciu nostalgii, które sprawia, że mamy ochotę oglądać filmy otuleni kocem i znowu jeść coś ciepłego, chodzi o pogodę? Można oszukać aurę i wyruszyć na Południe. Siebie nie oszukasz.




On Monday, August 21 of this year, we had the chance to watch (in Poland on tv) a total eclipse of the Sun. You could see it live in the United States, using special glasses, though some have opted out. "The next may be in 100 years", as the Polish super rock band was singing. And indeed, another complete eclipse will take place in 2135. We will rather not see that on this planet. Our grandchildren and great-grandchildren - probably yes.

I am sick. Since Monday I've been sitting at home, taking medication, drinking tea and getting read everything. I thought that after 2 days I'd be fine, but unfortunately my body decided to come back to health on its own terms.
Well, it's a good idea to read the whole Internet through. Cause I'm running out of books and magazines already.

 
And when I sit at home, I cannot get rid of the feeling that the air is already autumnal. The last three days were rainy and gloomy. Today sun came out and in the weather there are still warm moments, sometimes even September is still hot.


Only in this strange feeling of nostalgia that makes us feel like watching movies wrapped in blankets and eating something warm again, is it about the weather?
You can fool aura and head South. But you can't fool yourself.

The painture: Fishing on the Seine, c.1940. Jules René Hervé. Canvas, Oil Paint
The photo: tumblr.com 

środa, 16 sierpnia 2017

Eterno Agosto

Ostatni post pisałam, gdy zaczynał się lipiec. Minęło trochę czasu. Pogoda się poprawiła, wróciły afrykańskie upały, kwiaty za oknem najpierw wyschły mi tak, że musiałam je skrócić o głowę(y), ponownie zakwitły - na tydzień, a dzisiaj znowu je przycięłam. Po drodze byłam w Paryżu, na Korfu, w Szczecinie, Wigierskim Parku Narodowym i w Wildze (60 km od Warszawy). 
 
Przez to, w znacznej mierze radosne, podróżowanie, kompletnie straciłam poczucie czasu i dzisiaj doszło do mnie, że zostały 2 tygodnie wakacji. Gdy powiedziałam to koledze, stwierdził, że za rok będą następne, więc nie ma się czym przejmować. Niezbyt to jednak do mnie przemawia, bo w środku chyba mam ciągle 10 lat i przeżywam to tak, jakbym 1 września miała stawić się na inauguracji roku szkolnego. 

Tymczasem trzeba wykorzystać te ostatnie dni sierpnia, już krótsze i chłodniejsze - rano i wieczorem. Ale jednak ciągle ciepłe. Może kino letnie na dworze, może biwak lub góry. A może jeszcze morze?


The last post I wrote was when June was over. Some time has passed now. The weather has improved, the African heat came back, the flowers outside my window first dried up so I had to shorten their heads, blossomed again - for a week, and today I cut them again. In the meantime I was in Paris, Corfu, Szczecin, Wigry National Park and Wilga (60 km from Warsaw).
 
 By this, to a large extent joyful, traveling, I completely lost the sense of time and today I realised that it's only 2 weeks of vacation ahead. When I told it to my friend, he said that vacation will be also next year, so there's nothing to worry about. But it does not speak to me because inside obviously I'm still 10 years old and I experience it as if I was about to appear at the inauguration of the school year on the September, the 1st.

Meanwhile, it is necessary to use these last days of August, already shorter and cooler in morning and evening. But still warm. Maybe a summer movie theater, maybe a bivouac or mountain. Or maybe the sea?

piątek, 30 czerwca 2017

So June is over? Julying.

Pogoda nas nie rozpieszcza. Chociaż początek czerwca wyglądał obiecująco, to mniej więcej od jego połowy aż do teraz - leje. Z przerwami, ale jednak. Dzisiaj, opuściwszy miejsce pracy, szłam spokojnie do domu, nawiedzając po drodze pobliską księgarnię, gdy nagle niebo ściemniało i nad stolicą przeszedł prawdziwy tropikalny tajfun. Ciekawie było to oglądać znad przewodnika po Grecji (i zza szyby), jednak pytanie, które w całym tym zamieszaniu brzęczało jak bąk w głowie: "To ma być lato??", odbierało czar tym niespotykanym na ziemi polskiej urokom natury.

I trzeba zwrócić honor amerykańskim naukowcom, którzy taką pogodę prognozowali na tegoroczne lato w Polsce. Zwyciężyli zatem ci, którzy wybrali w tym roku urlop za granicą, a nie pod polską chmurką. A właściwie chmurą. Choć wciąż trzymam kciuki za poprawę aury, bo - oprócz planów wyjazdowych - mam też lokalne. Z namiotem włącznie.

I dzisiaj, gdy zobaczyłam, że mamy ostatni dzień czerwca, pomyślałam, że to niemożliwe. Że to już 1/3 lata za nami, a ja wciąż jestem nieopalona. Choć z zapasem kapeluszy, bo po latach fascynacji butami, torebkami i biżuterią, przyszła kolej na te - wcześniej uważane przeze mnie za całkowicie zbędne - nakrycia głowy. Co świadczy o tym, że i owszem, człowiek zmienia się - wciąż i nieustannie. Trudno mi wręcz za sobą nadążyć. 
I mam zamiar je nosić - nie tylko na wakacjach.


The weather does not spoil us. Although the beginning of June looked promising, from about half of month up to now - it's raining cats and dogs. With breaks, but nevertheless. Today, having left the workplace, I was walking quietly home, haunting the nearby bookstore when the sky suddenly darkened and the real tropical typhoon passed over the capital city. It was interesting to watch it over the guide to Greece (and from behind the glass), but the question, which in all this confusion was buzzing in the head: "You call 'this' summer?", took away the charm of this unique phenomenon of nature in Poland.

 
And we need to pay honour to American scientists who have exatly accurate weather forecast for this summer in Poland. So those who chose to spend their summer holidays abroad and not under the Polish little cloud, were the ones who won. In fact, under a huge cloud. Although I keep my fingers crossed for the improvement of the aura, because - apart from travelling abroad plans - I have also local ones. Including a tent.


And today, when I saw we had the last day of June, I thought it was impossible. That is already 1/3 of summer behind us, and I still haven't tanned. Although with hats in bulk, because after years of fascination with shoes, purses and jewelry, it came to those - previously regarded as completely unnecessary - headgear. What proves that a human being changes constantly and constantly. It's hard for me to keep up with myself even. And I'm going to wear them - not just on vacation.

sobota, 10 czerwca 2017

Sztuka spadania.

I znowu mamy czerwiec. Najpiękniejszy miesiąc w roku. Zajadam truskawki, różowe piwonie w wazonie cieszą oczy, a na twarz trzeba nakładać krem z filtrem. Bo słońce praży. I trudno mi usiedzieć w domu, pogoda taka piękna. Mimo, że zapowiadają deszcz i burze, to jednak mamy lato. 

***

I to wszystko widać także w social media. Kwiaty, bikini, radość, alkohol w pięknych kieliszkach. Idealne dziewczyny, idealni chłopcy, idealne życie. Ktoś mógłby pomyśleć, że tak jest naprawdę. 
Bo kto pokazuje innym porażki, klęski, złamane serce? A one są. Jak to w życiu. Tylko nie ma ich na zdjęciu.

I tęsknię trochę za czasami sprzed internetu. Choć sama korzystam z facebooka, instagrama, bo mogę dzięki temu utrzymać niektóre kontakty, czerpać inspirację czy sama powspominać, oglądając swoje stare zdjęcia, to jednak patrzę na te media z dystansem. Którego brakuje dzieciom, wychowanym już w czasach, gdy internet był "od zawsze". Dla nich to normalne, że wszystko można sprawdzić w Google, że skoro jesteśmy w nowym miejscu, to musimy się "oznaczyć". Itd itd...
I patrzą na ten "wygładzony" świat, przepuszczony przez dobry filtr w aplikacji.

A życie to nie ciągła impreza, wcale nie zawsze gładka twarz i pyszne śniadanie do łóżka. Zrobić ładne zdjęcie to sztuka. Dzielenie się nim - pewnie też. Trudniej sfotografować zmęczenie, ból. Upadek. A tak samo ważna jak umiejętność uchwycenia piękna czy radości jest umiejętność prawdziwego ich przeżywania. Bycia tu i teraz. Radzenia sobie z emocjami. Podnoszenia się. 

Życie to także sztuka spadania.
 
 
 
 
 
 
And we have June again. The most beautiful month of the year. I get strawberries, pink peonies in the vase enjoy the eyes and you need to apply cream with a filter. Because sun is roasting. And it's hard for me to sit at home, so beautiful is the weather. Although they announce rain and storms, it's summer after all.

***

And all this is also visible in social media. Flowers, bikini, joy, alcohol in beautiful glasses. Perfect girls, perfect boys, perfect life. Someone might think that this is really true. For who shows other failures, disasters, broken heart? And they are. It's life, isn't it? Only they are not in the pictures.

And I miss a bit life before the times of internet sometimes. Although I use facebook, instagram because I can maintain some contacts, get inspiration or remind some things watching my old photos, yet I look at these media from distance. Which is lacked by children, brought up in times when internet has been there since "forever". For them, it's normal that everything can be checked on Google, that being in a new place, we have to "tag" ourselves there. Etc etc ...And they look at this "smoothed out" world, passed by a good filter in the application.

And life is not a continuous party, not always a smooth face and a delicious breakfast in bed. Taking a nice photo is an art. Sharing it - probably too. Difficult to photograph, however, is fatigue, pain. Fall. And just as important as the ability to capture beauty or joy is the ability to truly experience them. Being here and now. Coping with emotions. Raising again.
Life is also the art of falling.


niedziela, 14 maja 2017

Życie zaczyna się po 30.

Ruch na ulicy się nasila, ludzie wracają do domu z weekendu za miastem. I nikt się nie denerwuje, że korki, bo piękna aura i wysokie temperatury wynagradzają nadprogramowy czas spędzony w samochodzie.Warszawa jest przyjemna w takie ciepłe weekendy. Leniwa, spokojniejsza. I, jak się okazuje, wciąż pełna nowych uliczek i miejsc. Po tylu latach nadal mnie zaskakuje.
 
Moje urodziny w lutym otworzyły sezon na 30-stki. Wczoraj bawiłam się w wynajętej na Mokotowie willi aż na dwóch imprezach z okazji tych okrągłych urodzin. I pomyślałam sobie, widząc po wielu latach koleżanki ze szkoły, że czas, choć minął nieubłaganie, zadziałał jednak na korzyść. Aż miło patrzeć, gdy z wiekiem człowiek pięknieje.

A więc nie są to tylko puste słowa, że życie zaczyna się po 30stce. Widząc, jak wyglądają moje koleżanki, pewniejsze siebie i zwyczajnie ładniejsze niż w czasach szkolnych czy nawet studenckich, i koledzy - z sukcesami, czasem łysinką, ale jednak już męscy i chyba dorośli..., wierzę w to, że tak jest. Że to taki dobry czas. Niby nie tak dawno było się jeszcze studentem, ale w głowie już zupełnie co innego. Można skupić się na życiu, bo egzaminy już zdane. I okazuje się, że nawet niedziele są fajne. Choć tak bardzo ich nie lubiłam.




Traffic on the street is rising, people come home from weekend out of the city. And no one is upset with the traffic jams cause the beautiful aura and high temperatures pay off extra time spent in car.Warsaw is comforting on such warm weekends. Lazy, calmer. And, as it turns out, still full of new alleys and places. After so many years, it still surprises me.

 
After my birthday in February, which opened the season for 30s, yesterday I had a double party in the rented Mokotow villa on the occasion of this milestone birthday. And I thought, seeing girlfriends from school
after many years, that, although it passed inevitably, time worked in their favor. It's nice to look at the man who bceomes more beautiful with age.

So these are not just empty words that life begins after 30. Seeing what my girlfriends look like, more confident and simply better than at school or even during studies, and my male friends - with success, sometimes with a bald head, but still masculine and already adult ..., I believe that these words are true. This is such a good time. Not that long ago you were student, yet now with totally different things in your head. You can focus on life because exams are passed. And it turns out that even Sundays are cool. Although I used to dislike them so much.


sobota, 6 maja 2017

To był maj.

Burza w Warszawie popsuła nieco wieczorne sobotnie plany. Po chłodnej majówce, temperatura już wczoraj rosła z każdą godziną, by dzisiaj powitać całkiem letnią aurą. Gdy jadłam zielone szparagi i groszek cukrowy, miałam wrażenie, że to już lato. 

Spacerując dzisiaj po Warszawie, pomyślałam, że, choć dopiero stamtąd wróciłam, najbardziej lubię maj w Suwałkach. Gdy jest ciepło, trawa jest soczyście zielona, kwitną drzewa, mlecze są żółte, pyłkiem brudzą ręce i ubranie. Może to nie za miastem zatęskniłam, a za wspomnieniem majowych dni w rodzinnym mieście, wiele lat temu?

Czasem chyba nie tęsknimy za miejscem czy za osobą, ale wrażeniem, chwilą. Wystarczy piosenka, zdjęcie, rozmowa. Albo żadne z nich. Wchodzimy w korytarz pamięci, i błądząc, docieramy do miejsc, które wydawały się dawno zapomniane. Zwłaszcza, gdy się przymknie oczy.

***

Jest maj, mam 3 lata. Wracamy z mszy komunijnej mojego kuzyna. Jestem zadowolona, bo było mi tak nudno, że pół mszy dłubałam palcem w nosie (wszystko zarejestruje potem kamera...). Wszyscy idą chodnikiem, a ja biegnę przez żółte pole mleczy, mam białą sukienkę i ciocia krzyczy, żebym szybko stamtąd wróciła, bo będzie brudna. Ale ja nie słucham próśb, bardzo mi się to podoba, a niektóre mlecze są wyższe ode mnie. I myślę tylko o tym, że po obiedzie będą lody.

Alexis Rockman (American, b. 1962), Dandelions, 2005. Oil on board, 45.9 x 61 cm.

The storm in Warsaw has broken some of Saturday evening's plans. After the cold weather during the long weekend, the temperature was already rising with every hour yesterday, to welcome a pretty summer aura today. When I was eating green asparagus and sugar peas, I had a feeling it was already summer.

Walking around Warsaw today, I thought that, even though I just returned from there, I would most like to have May in Suwałki. When it is warm, grass is lush green, trees are blooming, dandelions are yellow, pollen makes hands and clothing dirty. Maybe it was not the hometown I missed, but the memory of days in my there in May, many years ago?

Sometimes we just do not yearn for the place or the person, but the feeling or experience. Just a song, a picture or a simple conversation. Or none of them.We walk into the corridor of memory and wandering, we reach places that seemed long forgotten. Especially when your eyes are closed.

***

It's May, I'm 3 years old. We are returning from the communion of my cousin. I am happy because I was so bored that half the mass I was nudging my nose (everything will be registered by camera later...). Everybody's walkingdown the pavement, but I am running through the yellow field of dandelions, I have a white dress and my aunt tells me to go back from there because it will be dirty. But I do not listen at all, I like it a lot and some of the dandelions are higher than me. And all I am thinking about is ice cream after dinner.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Primavera

Chociaż lubię Święta i spotkania z rodziną i przyjaciółmi, to jednak czuję ulgę, gdy można już wrócić do normalnego trybu. Zawsze wolałam Boże Narodzenie, bo Wielkanoc, choć radosna, jest jednak krótka. Zanim człowiek zacznie na dobre świętować, zaraz trzeba kończyć. 

I miło dzisiaj się wracało do stolicy, bo prawie bez korków, słońce przypominało, że to już kwiecień, choć znowu zrobiło się zimno, a w Suwałkach padał wielkanocny śnieg.

Wiosna. Do tej pory bardzo zmienna i jakby wycofana. Rok temu prawie nie było jej wcale i z zimy właściwie zrobiło się lato. Jaka będzie w tym roku? Choć w prognozach trudno ją dostrzec, bo pojawia się i znika, to czuję, że jest tuż za rogiem. 



Although I enjoy Easter and meeting my family and friends, I feel relieved when I can return to normal everyday mode. I always preferred Christmas, because Easter, though joyful, is, however, short. Before you start celebrating for good, you have to finish already.
 
And it was so nice today to return to the capital city, almost with no traffic and the sun reminding that it's April actually, though it's cold again, and in Suwałki an Easter snow was falling these days.
 
Spring. So far very variable and as if a little withdrawn. A year ago, it was almost no sprong and winter turned into summer. What it will be like this year? Although in forecasts it is difficult to see it because it appears and disappears, I feel that it is just around the corner.

sobota, 25 marca 2017

The art of letting go

"Life is an art of letting go" (w wolnym tłumaczeniu: "Życie jest sztuką odpuszczania"). Przeczytałam dzisiaj to zdanie i pomyślałam, że dużo w nim prawdy. Choć nie każdy dochodzi do podobnych wniosków szybko, a może wcale, warto czasem odpuścić albo wypuścić pewne rzeczy z naszego życia.
 
Bywa, że usilnie próbujemy i walczymy - o kogoś, o daną rzecz czy sprawę. Często okazuje się, że na próżno. Nie wszystko można naprawić, gdy się zepsuło. I nie zawsze to, że bardzo czegoś chcemy, będzie nam dane. Nie wszystko też możemy zatrzymać. I może to jest właśnie ten moment, gdy tę rzecz, osobę czy miejsce należy puścić wolno.

Dotyczy to różnych elementów naszej codzienności. Może to być znajomość, która się wypaliła, praca, w której od dawna się nie rozwijamy, czy rzecz, która już nam nie służy. Raczej rzadko coś jest nam dane na całe życie. A i tego nie można być pewnym. Są ludzie, rzeczy i miejsca, które miały odegrać jakąś rolę, a gdy ją spełniły, puśćmy je wolno. Pomogły nam lub tylko towarzyszyły, więc powinniśmy umieć je "pożegnać". Tylko wtedy można być prawdziwie wolnym.

I nie wiem, czy nazwałabym tę umiejętność sztuką, ale na pewno jest dużo mądrości i siły w odpuszczaniu. Czasem z ulgą, czasem przez łzy lub złość albo ze strachem. Ale zawsze po to, by zrobić miejsce dla nowych rzeczy, osób i zdarzeń w naszym życiu.


"Life is an art of letting go". I read this sentence today and I thought there was much truth in it. Although not everyone comes to similar conclusions quickly, or perhaps at all, it is worth sometimes to let go of certain things in our lives.
 
Sometimes we try and fight hard - for someone, for a thing or a case. Often it turns out that it was all for nothing. Not everything can be repaired when it has broken. And not always we can have what we really want. We also are not able to keep everything or everybody. And maybe this is the moment when this thing, person or place should be released freely.

This concerns the various elements of our everyday life. It may be a relationship that has burned out, a job that hasn't been making us grow for a long time, or just a thing that is no longer working for us. Rarely something is given to us for a lifetime. And even that cannot be sure. There are people, things and places to play a role, and when they do, let them go. They helped us or just accompanied us, so we should know how to say goodbye. Only then can you be truly free.

And I don't know if I would call this skill an art, but there is certainly a lot of wisdom and strength in letting go. Sometimes with relief, sometimes through tears or anger, or with fear. But always to make room for new things, people and events in our lives.

sobota, 11 marca 2017

On people.

Marzec. Taki miesiąc, że to niby już wiosna (jak tydzień temu), a za chwilę znowu zima. 
Nie wiadomo, jak się ubrać, ludzie na około chorzy, wirusy szaleją w powietrzu. 
Taki miesiąc, że najlepiej jakoś go przespać, przeczekać i wstać już w kwietniu. 
Ale ponieważ tak się nie da, trzeba jakoś manewrować kurtkami, butami, czapką, w której nie da się stać w metrze. Bo za gorąco. A na zewnątrz znowu trzeba zakładać... Itd itd. Oszaleć można.

Już prawie miesiąc, jak skończyłam 30 lat. Mam się świetnie w gronie ludzi dorosłych. Nie przybyło mi zmarszczek ani kilogramów. Umysł ten sam. Jestem bogatsza wcale nie o mądrość czy doświadczenie, ale o super imprezę, którą urządziłam z okazji urodzin. I o piękne prezenty. 

Takie imprezy uświadamiają mi, jak ogromną siłę mają inni, bliscy ludzie. Jak wiele energii mogą wnieść. I jak miło być czasem w centrum zainteresowania, chociaż na co dzień bezpieczniej wtopić się w tłum. Tego dnia zdałam sobie sprawę, że zaprosiłam osoby, których jestem całkowicie pewna. Takie, z którymi mam kontakt. Częsty lub mniej, ale zawsze serdeczny. To znajomości wieloletnie lub zupełnie nowe, ale już jakoś sprawdzone. Paru osób mi zabrakło.

I takich ludzi życzę wszystkim. Bo to jest właśnie prawdziwa moc, która napędza nasze życie.
Drugi człowiek.  




March. This month when it's like spring already (like last week), and then again winter. You don't know how to dress, people around are sick, crazy viruses fly in the air. This month, it'd be best to somehow go to sleep and wake up in April. But since it's not possible, you have to somehow maneuver jackets, shoes, cap, which you cannot stand on the subway. Because it's too hot. And outside again you have to wear it... Etc. etc., you can go crazy.

It's already almost a month as I am 30 years old. I feel great in adult company. I have not got any wrinkles or kilograms. Mind is also the same. I am richer not in wisdom or experience, but with a great party which I threw on my birthday. And with beautiful gifts.

Such events make me realize how great strength give you other people close to you. How much energy they can bring. And how nice it is sometimes to be in the spotlight, even though every day it's safer to blend in with the crowd. That day I realized that I invited people which I am quite sure. Those with whom I have contact. Frequent or less, but always cordial. These are long-term acquaintances or even brand new, but somehow checked already. Some people were missed.

I wish such people to everyone. Because this is the true power that drives our lives. Another human being.

czwartek, 16 lutego 2017

Post nieurodzinowy.

Kolejny raz piszę post w przeddzień swoich urodzin. Pisałam o nich rok temu i dwa lata temu. Jest też post sprzed 4 lat. Pisałam o swoich przemyśleniach, robiłam pewne podsumowania. Bo tak wtedy czułam i potrzeba przelania tego "na papier" sprawiła, że w takim kształcie zmaterializowały się te teksty. Dzisiaj życiowych podsumowań nie będzie.

***

Przeczytałam ostatnio artykuł, który mnie zainspirował i który mam w głowie od kilku dni. To pierwsze słowo wstępu nowej redaktorki brytyjskiego Elle, Lotte Jeffs (zdjęcie artykułu wklejam poniżej). Mówi o tym, czym dla niej jest szczęście i jak znalazła balans pomiędzy pracą, zdrowiem, rodziną i przyjaciółmi. Ale to, co w jej wypowiedzi jest istotne dla mnie, to słowa o tym, że w życiu ważne jest, by potrafić przyznać się do tego, że jest nam źle. Że przechodzimy ciężki czas, a nawet depresję. To już nie problem garstki ludzi. I tak, jak powinniśmy mówić otwarcie o tym, co nas gryzie, tak nie możemy bać się mówić o tym, że jesteśmy szczęśliwi. Czasem nie robimy tego z obawy, że za chwilę ktoś nam to szczęście odbierze. Albo nie chcemy zapeszać.

A przecież w życiu nie zawsze jest super czy chociażby dobrze. Rzecz w tym, jak do tego podchodzimy. Czy nie jest tak, że człowiek, który dużo stracił, najbardziej docenia to, co ma?
Miałam w życiu taki moment, że w kilka dni niemal wszystko runęło mi na głowę.
Pomyślałam wtedy, że skoro jest tak źle, to od teraz będzie już tylko lepiej. Musi być. I było. I choć wydawało się, że to koniec świata, to jednak ten nadal istnieje. 

W końcu gwiazdy widać tylko wtedy, gdy jest bardzo ciemno.


It's the next time I write a post on the eve of my birthday. I wrote a year ago and two years ago. There is also a post from 4 years ago. I wrote about my thoughts, I did some summary. Because I was feeling like that and the need to materialize these thoughts was shaped in these texts. Today, I won't do any life summaries. 

***

 I recently read an article that inspired me and that I have had in my head for several days. This is the first word of introduction of the new editor of British Elle, Lotte Jeffs (a picture of article above). She talks about what her happiness is and how she found balance between work, health, family and friends. But what in her article is important for me is that in life it is important to be able to admit that we feel bad. That we have a hard time, or even depression. It's no longer a problem of handful of people. And so, as we should speak openly about what is biting us, so we cannot and shouldn't be afraid to say that we are happy. Sometimes we do not do this out of fear that in a moment someone may take away this happiness from us. Or we do not want to show you tomorrow.

But life is not always great or even good. The thing is how you handle it. Is not that the man who lost much is the one that appreciates
the most what he has?In my life I had a moment that in a few days almost all came crashing down on my head. I thought then that if it was so bad, that from then on it could only get better. Must be. And it was. And although it seemed like the end of the world, it is still there.

In the end, the stars can be seen only when it is very dark.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...