piątek, 30 czerwca 2017

So June is over? Julying.

Pogoda nas nie rozpieszcza. Chociaż początek czerwca wyglądał obiecująco, to mniej więcej od jego połowy aż do teraz - leje. Z przerwami, ale jednak. Dzisiaj, opuściwszy miejsce pracy, szłam spokojnie do domu, nawiedzając po drodze pobliską księgarnię, gdy nagle niebo ściemniało i nad stolicą przeszedł prawdziwy tropikalny tajfun. Ciekawie było to oglądać znad przewodnika po Grecji (i zza szyby), jednak pytanie, które w całym tym zamieszaniu brzęczało jak bąk w głowie: "To ma być lato??", odbierało czar tym niespotykanym na ziemi polskiej urokom natury.

I trzeba zwrócić honor amerykańskim naukowcom, którzy taką pogodę prognozowali na tegoroczne lato w Polsce. Zwyciężyli zatem ci, którzy wybrali w tym roku urlop za granicą, a nie pod polską chmurką. A właściwie chmurą. Choć wciąż trzymam kciuki za poprawę aury, bo - oprócz planów wyjazdowych - mam też lokalne. Z namiotem włącznie.

I dzisiaj, gdy zobaczyłam, że mamy ostatni dzień czerwca, pomyślałam, że to niemożliwe. Że to już 1/3 lata za nami, a ja wciąż jestem nieopalona. Choć z zapasem kapeluszy, bo po latach fascynacji butami, torebkami i biżuterią, przyszła kolej na te - wcześniej uważane przeze mnie za całkowicie zbędne - nakrycia głowy. Co świadczy o tym, że i owszem, człowiek zmienia się - wciąż i nieustannie. Trudno mi wręcz za sobą nadążyć. 
I mam zamiar je nosić - nie tylko na wakacjach.


The weather does not spoil us. Although the beginning of June looked promising, from about half of month up to now - it's raining cats and dogs. With breaks, but nevertheless. Today, having left the workplace, I was walking quietly home, haunting the nearby bookstore when the sky suddenly darkened and the real tropical typhoon passed over the capital city. It was interesting to watch it over the guide to Greece (and from behind the glass), but the question, which in all this confusion was buzzing in the head: "You call 'this' summer?", took away the charm of this unique phenomenon of nature in Poland.

 
And we need to pay honour to American scientists who have exatly accurate weather forecast for this summer in Poland. So those who chose to spend their summer holidays abroad and not under the Polish little cloud, were the ones who won. In fact, under a huge cloud. Although I keep my fingers crossed for the improvement of the aura, because - apart from travelling abroad plans - I have also local ones. Including a tent.


And today, when I saw we had the last day of June, I thought it was impossible. That is already 1/3 of summer behind us, and I still haven't tanned. Although with hats in bulk, because after years of fascination with shoes, purses and jewelry, it came to those - previously regarded as completely unnecessary - headgear. What proves that a human being changes constantly and constantly. It's hard for me to keep up with myself even. And I'm going to wear them - not just on vacation.

sobota, 10 czerwca 2017

Sztuka spadania.

I znowu mamy czerwiec. Najpiękniejszy miesiąc w roku. Zajadam truskawki, różowe piwonie w wazonie cieszą oczy, a na twarz trzeba nakładać krem z filtrem. Bo słońce praży. I trudno mi usiedzieć w domu, pogoda taka piękna. Mimo, że zapowiadają deszcz i burze, to jednak mamy lato. 

***

I to wszystko widać także w social media. Kwiaty, bikini, radość, alkohol w pięknych kieliszkach. Idealne dziewczyny, idealni chłopcy, idealne życie. Ktoś mógłby pomyśleć, że tak jest naprawdę. 
Bo kto pokazuje innym porażki, klęski, złamane serce? A one są. Jak to w życiu. Tylko nie ma ich na zdjęciu.

I tęsknię trochę za czasami sprzed internetu. Choć sama korzystam z facebooka, instagrama, bo mogę dzięki temu utrzymać niektóre kontakty, czerpać inspirację czy sama powspominać, oglądając swoje stare zdjęcia, to jednak patrzę na te media z dystansem. Którego brakuje dzieciom, wychowanym już w czasach, gdy internet był "od zawsze". Dla nich to normalne, że wszystko można sprawdzić w Google, że skoro jesteśmy w nowym miejscu, to musimy się "oznaczyć". Itd itd...
I patrzą na ten "wygładzony" świat, przepuszczony przez dobry filtr w aplikacji.

A życie to nie ciągła impreza, wcale nie zawsze gładka twarz i pyszne śniadanie do łóżka. Zrobić ładne zdjęcie to sztuka. Dzielenie się nim - pewnie też. Trudniej sfotografować zmęczenie, ból. Upadek. A tak samo ważna jak umiejętność uchwycenia piękna czy radości jest umiejętność prawdziwego ich przeżywania. Bycia tu i teraz. Radzenia sobie z emocjami. Podnoszenia się. 

Życie to także sztuka spadania.
 
 
 
 
 
 
And we have June again. The most beautiful month of the year. I get strawberries, pink peonies in the vase enjoy the eyes and you need to apply cream with a filter. Because sun is roasting. And it's hard for me to sit at home, so beautiful is the weather. Although they announce rain and storms, it's summer after all.

***

And all this is also visible in social media. Flowers, bikini, joy, alcohol in beautiful glasses. Perfect girls, perfect boys, perfect life. Someone might think that this is really true. For who shows other failures, disasters, broken heart? And they are. It's life, isn't it? Only they are not in the pictures.

And I miss a bit life before the times of internet sometimes. Although I use facebook, instagram because I can maintain some contacts, get inspiration or remind some things watching my old photos, yet I look at these media from distance. Which is lacked by children, brought up in times when internet has been there since "forever". For them, it's normal that everything can be checked on Google, that being in a new place, we have to "tag" ourselves there. Etc etc ...And they look at this "smoothed out" world, passed by a good filter in the application.

And life is not a continuous party, not always a smooth face and a delicious breakfast in bed. Taking a nice photo is an art. Sharing it - probably too. Difficult to photograph, however, is fatigue, pain. Fall. And just as important as the ability to capture beauty or joy is the ability to truly experience them. Being here and now. Coping with emotions. Raising again.
Life is also the art of falling.


niedziela, 14 maja 2017

Życie zaczyna się po 30.

Ruch na ulicy się nasila, ludzie wracają do domu z weekendu za miastem. I nikt się nie denerwuje, że korki, bo piękna aura i wysokie temperatury wynagradzają nadprogramowy czas spędzony w samochodzie.Warszawa jest przyjemna w takie ciepłe weekendy. Leniwa, spokojniejsza. I, jak się okazuje, wciąż pełna nowych uliczek i miejsc. Po tylu latach nadal mnie zaskakuje.
 
Moje urodziny w lutym otworzyły sezon na 30-stki. Wczoraj bawiłam się w wynajętej na Mokotowie willi aż na dwóch imprezach z okazji tych okrągłych urodzin. I pomyślałam sobie, widząc po wielu latach koleżanki ze szkoły, że czas, choć minął nieubłaganie, zadziałał jednak na korzyść. Aż miło patrzeć, gdy z wiekiem człowiek pięknieje.

A więc nie są to tylko puste słowa, że życie zaczyna się po 30stce. Widząc, jak wyglądają moje koleżanki, pewniejsze siebie i zwyczajnie ładniejsze niż w czasach szkolnych czy nawet studenckich, i koledzy - z sukcesami, czasem łysinką, ale jednak już męscy i chyba dorośli..., wierzę w to, że tak jest. Że to taki dobry czas. Niby nie tak dawno było się jeszcze studentem, ale w głowie już zupełnie co innego. Można skupić się na życiu, bo egzaminy już zdane. I okazuje się, że nawet niedziele są fajne. Choć tak bardzo ich nie lubiłam.




Traffic on the street is rising, people come home from weekend out of the city. And no one is upset with the traffic jams cause the beautiful aura and high temperatures pay off extra time spent in car.Warsaw is comforting on such warm weekends. Lazy, calmer. And, as it turns out, still full of new alleys and places. After so many years, it still surprises me.

 
After my birthday in February, which opened the season for 30s, yesterday I had a double party in the rented Mokotow villa on the occasion of this milestone birthday. And I thought, seeing girlfriends from school
after many years, that, although it passed inevitably, time worked in their favor. It's nice to look at the man who bceomes more beautiful with age.

So these are not just empty words that life begins after 30. Seeing what my girlfriends look like, more confident and simply better than at school or even during studies, and my male friends - with success, sometimes with a bald head, but still masculine and already adult ..., I believe that these words are true. This is such a good time. Not that long ago you were student, yet now with totally different things in your head. You can focus on life because exams are passed. And it turns out that even Sundays are cool. Although I used to dislike them so much.


sobota, 6 maja 2017

To był maj.

Burza w Warszawie popsuła nieco wieczorne sobotnie plany. Po chłodnej majówce, temperatura już wczoraj rosła z każdą godziną, by dzisiaj powitać całkiem letnią aurą. Gdy jadłam zielone szparagi i groszek cukrowy, miałam wrażenie, że to już lato. 

Spacerując dzisiaj po Warszawie, pomyślałam, że, choć dopiero stamtąd wróciłam, najbardziej lubię maj w Suwałkach. Gdy jest ciepło, trawa jest soczyście zielona, kwitną drzewa, mlecze są żółte, pyłkiem brudzą ręce i ubranie. Może to nie za miastem zatęskniłam, a za wspomnieniem majowych dni w rodzinnym mieście, wiele lat temu?

Czasem chyba nie tęsknimy za miejscem czy za osobą, ale wrażeniem, chwilą. Wystarczy piosenka, zdjęcie, rozmowa. Albo żadne z nich. Wchodzimy w korytarz pamięci, i błądząc, docieramy do miejsc, które wydawały się dawno zapomniane. Zwłaszcza, gdy się przymknie oczy.

***

Jest maj, mam 3 lata. Wracamy z mszy komunijnej mojego kuzyna. Jestem zadowolona, bo było mi tak nudno, że pół mszy dłubałam palcem w nosie (wszystko zarejestruje potem kamera...). Wszyscy idą chodnikiem, a ja biegnę przez żółte pole mleczy, mam białą sukienkę i ciocia krzyczy, żebym szybko stamtąd wróciła, bo będzie brudna. Ale ja nie słucham próśb, bardzo mi się to podoba, a niektóre mlecze są wyższe ode mnie. I myślę tylko o tym, że po obiedzie będą lody.

Alexis Rockman (American, b. 1962), Dandelions, 2005. Oil on board, 45.9 x 61 cm.

The storm in Warsaw has broken some of Saturday evening's plans. After the cold weather during the long weekend, the temperature was already rising with every hour yesterday, to welcome a pretty summer aura today. When I was eating green asparagus and sugar peas, I had a feeling it was already summer.

Walking around Warsaw today, I thought that, even though I just returned from there, I would most like to have May in Suwałki. When it is warm, grass is lush green, trees are blooming, dandelions are yellow, pollen makes hands and clothing dirty. Maybe it was not the hometown I missed, but the memory of days in my there in May, many years ago?

Sometimes we just do not yearn for the place or the person, but the feeling or experience. Just a song, a picture or a simple conversation. Or none of them.We walk into the corridor of memory and wandering, we reach places that seemed long forgotten. Especially when your eyes are closed.

***

It's May, I'm 3 years old. We are returning from the communion of my cousin. I am happy because I was so bored that half the mass I was nudging my nose (everything will be registered by camera later...). Everybody's walkingdown the pavement, but I am running through the yellow field of dandelions, I have a white dress and my aunt tells me to go back from there because it will be dirty. But I do not listen at all, I like it a lot and some of the dandelions are higher than me. And all I am thinking about is ice cream after dinner.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Primavera

Chociaż lubię Święta i spotkania z rodziną i przyjaciółmi, to jednak czuję ulgę, gdy można już wrócić do normalnego trybu. Zawsze wolałam Boże Narodzenie, bo Wielkanoc, choć radosna, jest jednak krótka. Zanim człowiek zacznie na dobre świętować, zaraz trzeba kończyć. 

I miło dzisiaj się wracało do stolicy, bo prawie bez korków, słońce przypominało, że to już kwiecień, choć znowu zrobiło się zimno, a w Suwałkach padał wielkanocny śnieg.

Wiosna. Do tej pory bardzo zmienna i jakby wycofana. Rok temu prawie nie było jej wcale i z zimy właściwie zrobiło się lato. Jaka będzie w tym roku? Choć w prognozach trudno ją dostrzec, bo pojawia się i znika, to czuję, że jest tuż za rogiem. 



Although I enjoy Easter and meeting my family and friends, I feel relieved when I can return to normal everyday mode. I always preferred Christmas, because Easter, though joyful, is, however, short. Before you start celebrating for good, you have to finish already.
 
And it was so nice today to return to the capital city, almost with no traffic and the sun reminding that it's April actually, though it's cold again, and in Suwałki an Easter snow was falling these days.
 
Spring. So far very variable and as if a little withdrawn. A year ago, it was almost no sprong and winter turned into summer. What it will be like this year? Although in forecasts it is difficult to see it because it appears and disappears, I feel that it is just around the corner.

sobota, 25 marca 2017

The art of letting go

"Life is an art of letting go" (w wolnym tłumaczeniu: "Życie jest sztuką odpuszczania"). Przeczytałam dzisiaj to zdanie i pomyślałam, że dużo w nim prawdy. Choć nie każdy dochodzi do podobnych wniosków szybko, a może wcale, warto czasem odpuścić albo wypuścić pewne rzeczy z naszego życia.
 
Bywa, że usilnie próbujemy i walczymy - o kogoś, o daną rzecz czy sprawę. Często okazuje się, że na próżno. Nie wszystko można naprawić, gdy się zepsuło. I nie zawsze to, że bardzo czegoś chcemy, będzie nam dane. Nie wszystko też możemy zatrzymać. I może to jest właśnie ten moment, gdy tę rzecz, osobę czy miejsce należy puścić wolno.

Dotyczy to różnych elementów naszej codzienności. Może to być znajomość, która się wypaliła, praca, w której od dawna się nie rozwijamy, czy rzecz, która już nam nie służy. Raczej rzadko coś jest nam dane na całe życie. A i tego nie można być pewnym. Są ludzie, rzeczy i miejsca, które miały odegrać jakąś rolę, a gdy ją spełniły, puśćmy je wolno. Pomogły nam lub tylko towarzyszyły, więc powinniśmy umieć je "pożegnać". Tylko wtedy można być prawdziwie wolnym.

I nie wiem, czy nazwałabym tę umiejętność sztuką, ale na pewno jest dużo mądrości i siły w odpuszczaniu. Czasem z ulgą, czasem przez łzy lub złość albo ze strachem. Ale zawsze po to, by zrobić miejsce dla nowych rzeczy, osób i zdarzeń w naszym życiu.


"Life is an art of letting go". I read this sentence today and I thought there was much truth in it. Although not everyone comes to similar conclusions quickly, or perhaps at all, it is worth sometimes to let go of certain things in our lives.
 
Sometimes we try and fight hard - for someone, for a thing or a case. Often it turns out that it was all for nothing. Not everything can be repaired when it has broken. And not always we can have what we really want. We also are not able to keep everything or everybody. And maybe this is the moment when this thing, person or place should be released freely.

This concerns the various elements of our everyday life. It may be a relationship that has burned out, a job that hasn't been making us grow for a long time, or just a thing that is no longer working for us. Rarely something is given to us for a lifetime. And even that cannot be sure. There are people, things and places to play a role, and when they do, let them go. They helped us or just accompanied us, so we should know how to say goodbye. Only then can you be truly free.

And I don't know if I would call this skill an art, but there is certainly a lot of wisdom and strength in letting go. Sometimes with relief, sometimes through tears or anger, or with fear. But always to make room for new things, people and events in our lives.

sobota, 11 marca 2017

On people.

Marzec. Taki miesiąc, że to niby już wiosna (jak tydzień temu), a za chwilę znowu zima. 
Nie wiadomo, jak się ubrać, ludzie na około chorzy, wirusy szaleją w powietrzu. 
Taki miesiąc, że najlepiej jakoś go przespać, przeczekać i wstać już w kwietniu. 
Ale ponieważ tak się nie da, trzeba jakoś manewrować kurtkami, butami, czapką, w której nie da się stać w metrze. Bo za gorąco. A na zewnątrz znowu trzeba zakładać... Itd itd. Oszaleć można.

Już prawie miesiąc, jak skończyłam 30 lat. Mam się świetnie w gronie ludzi dorosłych. Nie przybyło mi zmarszczek ani kilogramów. Umysł ten sam. Jestem bogatsza wcale nie o mądrość czy doświadczenie, ale o super imprezę, którą urządziłam z okazji urodzin. I o piękne prezenty. 

Takie imprezy uświadamiają mi, jak ogromną siłę mają inni, bliscy ludzie. Jak wiele energii mogą wnieść. I jak miło być czasem w centrum zainteresowania, chociaż na co dzień bezpieczniej wtopić się w tłum. Tego dnia zdałam sobie sprawę, że zaprosiłam osoby, których jestem całkowicie pewna. Takie, z którymi mam kontakt. Częsty lub mniej, ale zawsze serdeczny. To znajomości wieloletnie lub zupełnie nowe, ale już jakoś sprawdzone. Paru osób mi zabrakło.

I takich ludzi życzę wszystkim. Bo to jest właśnie prawdziwa moc, która napędza nasze życie.
Drugi człowiek.  




March. This month when it's like spring already (like last week), and then again winter. You don't know how to dress, people around are sick, crazy viruses fly in the air. This month, it'd be best to somehow go to sleep and wake up in April. But since it's not possible, you have to somehow maneuver jackets, shoes, cap, which you cannot stand on the subway. Because it's too hot. And outside again you have to wear it... Etc. etc., you can go crazy.

It's already almost a month as I am 30 years old. I feel great in adult company. I have not got any wrinkles or kilograms. Mind is also the same. I am richer not in wisdom or experience, but with a great party which I threw on my birthday. And with beautiful gifts.

Such events make me realize how great strength give you other people close to you. How much energy they can bring. And how nice it is sometimes to be in the spotlight, even though every day it's safer to blend in with the crowd. That day I realized that I invited people which I am quite sure. Those with whom I have contact. Frequent or less, but always cordial. These are long-term acquaintances or even brand new, but somehow checked already. Some people were missed.

I wish such people to everyone. Because this is the true power that drives our lives. Another human being.

czwartek, 16 lutego 2017

Post nieurodzinowy.

Kolejny raz piszę post w przeddzień swoich urodzin. Pisałam o nich rok temu i dwa lata temu. Jest też post sprzed 4 lat. Pisałam o swoich przemyśleniach, robiłam pewne podsumowania. Bo tak wtedy czułam i potrzeba przelania tego "na papier" sprawiła, że w takim kształcie zmaterializowały się te teksty. Dzisiaj życiowych podsumowań nie będzie.

***

Przeczytałam ostatnio artykuł, który mnie zainspirował i który mam w głowie od kilku dni. To pierwsze słowo wstępu nowej redaktorki brytyjskiego Elle, Lotte Jeffs (zdjęcie artykułu wklejam poniżej). Mówi o tym, czym dla niej jest szczęście i jak znalazła balans pomiędzy pracą, zdrowiem, rodziną i przyjaciółmi. Ale to, co w jej wypowiedzi jest istotne dla mnie, to słowa o tym, że w życiu ważne jest, by potrafić przyznać się do tego, że jest nam źle. Że przechodzimy ciężki czas, a nawet depresję. To już nie problem garstki ludzi. I tak, jak powinniśmy mówić otwarcie o tym, co nas gryzie, tak nie możemy bać się mówić o tym, że jesteśmy szczęśliwi. Czasem nie robimy tego z obawy, że za chwilę ktoś nam to szczęście odbierze. Albo nie chcemy zapeszać.

A przecież w życiu nie zawsze jest super czy chociażby dobrze. Rzecz w tym, jak do tego podchodzimy. Czy nie jest tak, że człowiek, który dużo stracił, najbardziej docenia to, co ma?
Miałam w życiu taki moment, że w kilka dni niemal wszystko runęło mi na głowę.
Pomyślałam wtedy, że skoro jest tak źle, to od teraz będzie już tylko lepiej. Musi być. I było. I choć wydawało się, że to koniec świata, to jednak ten nadal istnieje. 

W końcu gwiazdy widać tylko wtedy, gdy jest bardzo ciemno.


It's the next time I write a post on the eve of my birthday. I wrote a year ago and two years ago. There is also a post from 4 years ago. I wrote about my thoughts, I did some summary. Because I was feeling like that and the need to materialize these thoughts was shaped in these texts. Today, I won't do any life summaries. 

***

 I recently read an article that inspired me and that I have had in my head for several days. This is the first word of introduction of the new editor of British Elle, Lotte Jeffs (a picture of article above). She talks about what her happiness is and how she found balance between work, health, family and friends. But what in her article is important for me is that in life it is important to be able to admit that we feel bad. That we have a hard time, or even depression. It's no longer a problem of handful of people. And so, as we should speak openly about what is biting us, so we cannot and shouldn't be afraid to say that we are happy. Sometimes we do not do this out of fear that in a moment someone may take away this happiness from us. Or we do not want to show you tomorrow.

But life is not always great or even good. The thing is how you handle it. Is not that the man who lost much is the one that appreciates
the most what he has?In my life I had a moment that in a few days almost all came crashing down on my head. I thought then that if it was so bad, that from then on it could only get better. Must be. And it was. And although it seemed like the end of the world, it is still there.

In the end, the stars can be seen only when it is very dark.


środa, 1 lutego 2017

Tym razem się uda! Miłość pokolenia Y. It'll work this time. The love of generation Y.

Ostatnio usłyszałam o tendencji, którą praktykuje pokolenie milenialsów
Polega ona na powrotach do pierwszej miłości. I ponownym złączeniu się z osobą z "kiedyś" - by ocalić to dawne uczucie, najmocniejsze, bo przecież młodzieńcze, od zapomnienia. Przedstawiciele pokolenia Y chcą na nowo pokochać, rozpalić iskrę, dzisiaj nieco przygaszoną albo już całkiem wypaloną. 

I zastanawiam się, ile będą trwać takie stare-nowe związki. Czy wzrośnie odsetek rozwodów. I rozczarowań. Bo przecież nie da się przenieść dawnych emocji w obecną rzeczywistość. Choćbyśmy chcieli - nie cofniemy się w czasie. I co się stało, to się nie odstanie. A czy sam fakt, że ktoś był "tym pierwszym" ma jakąś wartość? Chyba tylko sentymentalną.

Są jednak pary, które muszą się rozstać, żeby zobaczyć, że nie mogą bez siebie żyć. I już nigdy nie zdecydują się być oddzielnie. Ale to kropla w morzu. Bo jednak, nawet po latach, człowiek nie zmienia charakteru. Być może zmienia swoje priorytety. 

Ale cudowna jest ta nadzieja, która pozwala wierzyć, że "tym razem się uda". Bo chcemy bardziej, działamy świadomie i już przecież dorośle. Próbujemy jeszcze raz, od nowa, ale tu przecież nie ma zaskoczenia. I trochę przymykamy oczy na to, że to ta sama osoba i wkurza nas tak, jak kiedyś. 
To trochę jak z kawą, która wystygła. Możemy ją podgrzać w mikrofali, ale nie będzie zbyt smaczna. Lepiej wylać do zlewu. I zaparzyć nową. 



  
Lately I heard about the trend, which is practiced by the generation of the so-called millennials. It involves returning to first love. And the decision to reconnect with that person from the past - in order to save this old feeling, the strongest, because it happened in the very youth, from oblivion. Representatives of this generation Y want to love again, ignite a spark, today somewhat muted or already completely burnt.
 
I wonder how long will take up such old-new relations.And whether the divorce rate will rise. And disappointment rate too. Because it is impossible to move the old emotions in the present reality. Even if we want - we do not go back in time. And what's done is done. And the very fact that someone was "the first" - does it really have any value? Perhaps only sentimental one.
 
However, there are couples who have to part to see that they cannot live without each other. And then -  would never choose to be apart. But this is a drop in the ocean. Cause, even after years, man does not change their nature. Perhaps they might change priorities.
 
But wonderful is this hope which makes us believe that "this time we'll succeed." Because we want it more, we act consciously and already as grown-ups. We try again, from scratch, but there's no surprise. And some turn a blind eye to the fact that it's exactly the same person which annoys us as they used to do before.  

It's a bit like coffee that has already cooled down. We can heat it in the microwave, but it won't be tasty. It is better to pour it into the sink. And brew a new one.

środa, 18 stycznia 2017

Warszawski smog.

Codziennie wieczorem piję herbatkę z angielskiego sklepu, którego wkrótce na Marszałkowskiej nie będzie, bo sieć postanowiła opuścić nasz kraj. Herbata "Calming teabags" sprawia, że na koniec dnia jestem spokojna, a przynajmniej się staram, zaś - gdy idę spać - zasypiam momentalnie, gdy tylko moja głowa znajdzie się na poduszce. Czyli jak zawsze. 

Kupiłam kawę o nazwie "Lazy weekend". Pyszna. Ma tylko jeden problem. Za każdym razem, gdy ją zaparzę i piję, trudno mi wyjść z domu do pracy, bo czuję, jakby był już weekend. Leniwy w dodatku.

Nad stolicą i dużą częścią Polski smog. Trąbią o tym na około, zalecają nie spacerować, nie biegać. 
Okazuje się, że już dawno powietrze w Polsce mamy fatalnej jakości, ale jakoś nikt nas o tym nie informował. A moje codziennie wędrówki pieszo do pracy i z powrotem - dla zdrowia! - okazały się niezbyt zdrowe.

Na zewnątrz zimno, poznikały choinki i światełka. To taki dziwny okres, zima mogłaby się już skończyć, jest trochę śniegu, ale na ulicach mokro i szarawo. Za to w górach piękne warunki do narciarstwa tudzież snowboardingu. 

Jutro odbieram nowy paszport. W obecnej sytuacji można by wybrać się tam, gdzie jest albo śnieg i słońce, albo słońce i morze. Gdzie powietrze będzie lepsze. Wszystko dla zdrowia! Bo do wiosny jeszcze trochę.



Every evening I drink tea from the English shop, which soon will disappear from Marszalkowska St., because the chain has decided to leave our country. Tea called "Calming teabags" makes I stay calm at the end of the day, or at least I try, and - when I go to sleep - I fall asleep immediately, as soon as my head is on the pillow. So as always.

I bought coffee called "Lazy weekend." Delicious. It has only one problem. Every time I make some and drink it, I find it hard to leave the house and go to work, because I feel as if it was weekend already. Lazy one.


Over the capital city and a large part of Poland we have smog. They honk about it around, plus they recommend not to walk on the street, not to run outside. It turns out that for a  long time now air in Poland has been of terrible quality, but nobody was willing to report that. And my daily trek to walk to work and back - for health! - turned out to be not very healthy.


It's called outside, Christmas trees and lights disappeared. It's such a strange time, winter could be already over, there's some snow, but streets are wet and grayish. Yet in the mountains we have beautiful conditions for skiing or snowboarding.

 Tomorrow, I pick up a new passport. In the current situation we could go to a place where it is or snow and sun, or  sun and sea. Where air will be better. Everything for health! Because we have to wait for spring a little bit.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...